„Rider” - Anna Langner


Nie takie New Adult, o jakim myślałam.

Anna Langner kupiła mnie pierwszą książką, czyli „Zakresem Obowiązków”, a potem poprawiła „Trenerem”. Po „Ridera” sięgałam zatem „na pewniaka”, bo wiedziałam, że i tym razem się nie zawiodę. Jak wyszło?

Ivy będąca dziewczyną z bogatej rodziny, żyje też w złotej klatce, która chronić ma ją przed całym światem. Kiedy los stawia na jej drodze chłopaka o wybitnie złej reputacji, Ivy doskonale wie, że nie uchroni się przed jego niegrzecznym urokiem i będzie chciała go poznać bliżej. Po przegranym zakładzie brata, Ivy musi spędzić dziesięć godzin w towarzystwie bezczelnego i aroganckiego Ridera i choć dziewczyna nie jest zadowolona, że została stawką w zakładzie, stwierdza że uprzykrzy zwycięzcy życie na te długie dziesięć godzin.
Choć Rider wydaje się być nieprzyjemnym chłopakiem, szybko okazuje się, że prawda wygląda zupełnie inaczej. Nie tylko Ivy nosi maskę, którą pokazuje będąc z innymi. Rider także skrywa w sobie wiele tajemnic, które tylko dziewczyna będzie potrafiła odkryć.
Czy lokalna księżniczka i buntownik na motocyklu mają szansę na szczęście i miłość?

Muszę przyznać, że Anna Langner zaskoczyła mnie tą pozycją. Nie ukrywam, że spodziewałam się dość lekkiego i być może błahego New Adult, a otrzymałam lekturę z poważnymi problemami i całkiem przyjemnymi bohaterami.
Niemniej nie da się ukryć, że historia Ridera i Ivy nie jest czymś wybitnie oryginalnym. Wszystko to, co zawarte jest w tej pozycji, przewinęło się już w wielu książkach z tego gatunku, dlatego sięgając po „Ridera” nie miejcie ogromnych wymagań.
Owszem, książka jest wartościowa, ponieważ pod historią dwójki młodych ludzi i ich miłości porusza temat oceniania przez stereotypy, ale jest to lektura, którą po prostu przyjemnie się czyta, bez wielkiego zachwytu.

Muszę przyznać, że Ivy nie irytowała mnie przez całą książkę. Miała parę „odpałów”, w których moja brew zadrgała nerwowo, ale patrząc na to całościowo, Ivy jako bohaterka była bardzo okej. A sami doskonale wiecie, jak dziewczyny w książkach wszelkiej maści mnie irytują.
Rider to typowy bad boy, który tak naprawdę skrywa w sobie wrażliwą, zranioną duszę. Bardzo przypomina mi chłopaków z „Katów Hadesa”, którzy z zewnątrz też byli ultra twardzi, niczym skała, a kiedy ich wybranki obalały te zewnętrzne mury, ich delikatność i wrażliwość wychodziła na wierzch. Bardzo podobnie jest i tutaj. Kiedy Ivy jest z Riderem sama, chłopak jest zupełnie inny, niż w towarzystwie. Swoją drogą zawsze mi się ten motyw w książkach podobał. To przełamanie bariery w bohaterze, za sprawą uczucia. Pokazanie, że nie zawsze trzeba być męskim. Pokazanie, że można sobie pozwolić na słabości, kiedy obok jest ktoś, kto pomoże je unieść. Annie Langner w „Riderze” to właśnie udało się wyśmienicie.

Nowa książka od Anny Langner jest lekką historią, idealną na chłodne już wieczory. Dajcie się rozgrzać uczuciu Ivy i Ridera, które z nieśmiałej iskry staje się wielkim płomieniem. Plot twist, jaki autorka umieściła w zakończeniu sprawił, że naprawdę uwierzyłam w bad end całej książki, chociaż gdzieś z tyłu głowy miałam takie „nieeee, niemożliwe, żeby to tak się skończyło”. Czy „Rider” ma szczęśliwe zakończenie czy może właśnie mamy okazję przeczytać książkę ze smutnym końcem? O tym musicie przekonać się sami.

Po drugiej stronie okładki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz