„Mała zielarnia w Paryżu” - Donatella Rizzati


Może trochę ziółek?

Dobra, nie oszukujmy się. Jest na sali ktoś, kto NIE pił ziółek w swoim życiu, na cokolwiek? Wątpię. Oczywiście nie piszę tu o poważnych schorzeniach, które trzeba leczyć operacyjnie, a o chociażby zwykłym bólu brzucha od przejedzenia.
Kiedy sięgałam po „Małą zielarnię w Paryżu” byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tej pozycji. Nie jestem fanką literatury obyczajowej, a opis z tyłu mówił właśnie o takim gatunku.
Niemniej jednak, znacie mnie, musiałam spróbować i teraz, po lekturze mogę śmiało napisać, że zostałam zaskoczona i zauroczona tą pozycją.

Po niespodziewanej śmierci męża świat Violi rozpada się w drobny mak. W jednej krótkiej chwili jej życie traci jakikolwiek sens, a kobieta nie wie, co ze sobą począć i pomału zaczyna wpadać w depresję. Jedyną nadzieją okazuje się być powrót do Paryża, gdzie niegdyś spędziła kilka lat studiując naturopatię. To właśnie wtedy, podczas spaceru ulicami miasta miłości napotkała starą zielarnię, która wraz z miłą właścicielką odmieniła jej życie. Viola chcąc pozbierać się po śmierci męża postanawia postawić wszystko na jedną kartę i ponownie wyjechać do Paryża, aby spotkać się z Gisèle i jej zielarnią. Kiedy podczas sympatycznej rozmowy z właścicielką sklepiku Viola zostaje poproszona o pomoc w prowadzeniu zielarni, kobieta uważa, że to znak, na który czekała. Postanawia zostać w Paryżu na dłużej i zająć się zielarnią, a przy okazji pomóc znajomej, która wpadła w drobne kłopoty. Poza tym, los szykuje dla Violi jeszcze jedną niespodziankę.
Czy kobieta odnajdzie po raz kolejny szczęście w życiu?

„Mała zielarnia w Paryżu” to ciepła historia o odnalezieniu własnego „ja”, gdy świat pragnie zakopać nas pod gruzami. Z każdej strony książki wyczuwalny jest zapach ziół, których używa nasza bohaterka do pomagania innym. Oczywiście umownie, nic nie paliłam przy czytaniu tej książki.
Donatella Rizzati napisała tę opowieść na tyle plastycznie i realnie, że podczas lektury wszystko to, co czuje Viola, czujemy i my.

Podobało mi się podejście naturopatki do medycyny konwencjonalnej. Po ciężkiej drodze, jaką przebyła, aby rozpocząć studia, tak różne od kardiologii, którą skończył jej ojciec, kobieta nie uważa, że zioła są dobre na wszystko. Poważniejsze schorzenia, na które nie ma odpowiedniej mieszanki naturalnych składników powinny być omawiane z lekarzem, który podeprze się tabletkami. Autorka nie narzuca nam żadnego z punktu widzenia. Pokazuje, że zioła potrafią pomóc, ale też nie wmawia, że tylko one są lekiem na wszystko.

Co więcej w rozdziałach, jak i na ich końcu mamy przepisy do balsamów, maseczek czy herbatek, jakie Viola wykonuje w książce dla klientów zielarni. Osobiście nie próbowałam wykonać żadnego przepisu, bo nie mam do tego talentu, ale podejrzewam, że są tacy, co pokuszą się o spróbowanie. Podzielcie się opinią!

„Mała zielarnia w Paryżu” to przede wszystkim książka bardzo ciepła. Viola, gdzie się nie pojawi zostaje przyjęta przyjaźnie i miło. Od razu przypomina mi się moja wycieczka do Paryża i spacerowanie po tych bocznych uliczkach, które rozkochały mnie w sobie na całego. Udzielił mi się nastrój miasta, podczas czytania tej lektury, a historia Violi sprawiła, że jeszcze bardziej uwierzyłam, iż warto walczyć o swoje i nie bać się sięgać nawet po to, co wydaje nam się nieosiągalne. Zróbcie sobie dobrą herbatę i zasiądźcie do lektury.

Po drugiej stronie okładki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz