„Gwiazdy Nadziei” - I.M. Darkss


Historia dla prawdziwych romantyczek.


Po „Gwiazdy Nadziei” sięgnęłam z czystej ciekawości. O dziwo, przeczytałam opis, zanim zaczęłam czytać samą książkę i wydał mi się na tyle ciekawy, że postanowiłam rozpocząć lekturę.
Chociaż opis brzmiał z lekka „hamerykańsko”, książka okazała się być całkowicie polska, a ja w końcu zrozumiałam, dlaczego nie ogół nie dotykam polskich autorów.
Ale o tym później.

- Czasami wystarczy sięgnąć głębiej. Ludzie są dziwnymi stworzeniami. Doceniamy coś tylko wtedy, kiedy to stracimy. Pragniemy zatrzymać jedynie to, co już zniknęło.”

Amara po latach spędzonych w szkołach z internetem w końcu wraca do rodzinnego domu, gdzie wszystko jest po staremu. Matka ciągle ją krytykuje, jej siostra Emily i ulubienica matki bawi się jej kosztem, a ojciec ma to wszystko głęboko gdzieś i przytakuje swojej żonie. Amara nigdy nie potrafiła odnaleźć się w domu pełnym sztywnych snobów, którzy wszędzie dookoła muszą pokazać swój prestiż i pieniądze. Dziewczyna, będąc zupełnym przeciwieństwem swoich rodziców, czy siostry nigdy nie zaznała ciepła rodzinnego ogniska, czy wsparcia. Wróciła do domu, aby pokłócić się po raz kolejny o swoje studia, kiedy to Amara chce iść do szkoły artystycznej, a rodzice oczywiście wysyłają ją na medycynę, ale też dla Niego. Jaksa. 
Chłopaka, który jest aktualnie zabaweczką Emily, czyli jej własnej siostry. 
Szybko jednak Jaks okazuje się być wolny, a Amara, która zakochana od pierwszego wejrzenia w chłopaku, choć nie chce być jego kolejną seksualną zdobyczą, przywiązuje się do seksownego tatuatora. 
Jaks, choć z początku jest obojętny na zachowanie Amary, końcem końców także zaczyna się łamać.
Jednak każde z nich ma tajemnicę, która może zniszczyć kruche uczucie, jakie między nimi powstaje. 

„Gwiazdy Nadziei” to książka polskiej autorki, kryjącej się pod pseudonimem. Wiedziałam o tym sięgając po tę pozycję, ale wiecie, że lubię się katować i męczyć polskich autorów, aby znaleźć w końcu książkę, która mi się spodoba. Jak w fantastyce już wiele razy mi się udało, tak w romansach niekoniecznie. W sumie to powinnam napisać New Adult chyba, gdzieś mi się to obiło o uszy. 
No, ale idąc dalej...

Miłość może wznieść wyżej, niż sięgają gwiazdy, i zranić mocniej, niż będziemy w stanie znieść. Czasami chwila największego szczęścia zjawia się tylko po to, by przynieść upadek.”

Tak, jak pisałam na początku opis książki wskazywał na ciekawą historię. I poniekąd mam tu trochę racji, bo przedstawiona w „Gwiazdach Nadziei” fabuła jest niczego sobie. Problem w tym, że jest w niej też dużo drobiazgów, które niszczą całościową opinię, bo zebrane razem wyglądają, jak wielka kula śnieżna. 

Amara jest nijaka. Drętwa okrutnie. Autorka myślała, że jak stworzy dziewczynę, która nosi na sobie wszystkie kolory tęczy to będzie to barwna postać. No cóż, nie jest. W dodatku ze strony na stronę coraz bardziej irytowała mnie nie tyle jej osoba, co jej myślenie. Przez pół książki mamy myśli Amary. „O Boże, co ja teraz zrobię?”, „Nie mogę mu powiedzieć prawdy.”, „Ale z ciebie idiotka, skończona kretynka” - czułam się, jakbym czytała wewnętrzną boginię u Enestejżi z Greya, chociaż znowu hitu E.L. James nie czytałam. 

Niektórzy zakochani toczą boje o miłość. Ja muszę toczyć boje ze swoją miłością.”

Jaks był w sumie znośną postacią, która coś wnosiła do tej fabuły, ale jego zachowanie tez wiele razy było dla mnie totalnie nielogiczne. Gościu kocha się w lasce, ale nie chce przyjąć jej miłości, mimo że ona dosłownie go, nią zalewa. Bo uważa, że sam nie potrafi kochać, bo kiedyś tam ( najstarsi Indianie nie wiedzą kiedy) został zraniony. Teraz woli bzykać każdą przypadkową laskę i nie łączyć się w coś głębszego. Stary... tego kwiatu jest pół światu. Tamta cię zostawiła, to znajdziesz sobie inną, szczególnie, że podobno niezły z ciebie przystojniak, a w dodatku pracujesz jako tatuażysta. Nie róbmy z całkiem ogarniętych bohaterów, wielkich ofiar losu, no błagam. 

Sama historia „Gwiazd Nadziei” jest zadowalająca. Gdyby jednak książka była o 100-150 stron krótsza to byłaby też zdecydowanie lepsza, niż jest. Dlaczego?
Otóż zaraz wyjaśnię Wam, dlaczego podczas czytania „Gwiazd nadziei” zrozumiałam, że nie przepadam za polskimi autorami. 
Skupcie się.
Zagraniczni autorzy pisząc swoje książki, kiedy nakreślają wygląd postaci, czy otoczenia w jakim się ona znajduje, robią to oszczędnie. Używają kilku konkretnych zdań, które mówią nam powiedzmy 50 procent, a kolejne 50 mamy sobie wyobrazić. Czyli, krótko mówiąc, pomagają nam nakreślić ogóły, a szczegóły zostawiają do naszej dyspozycji. Nie prowadzą nas za rączkę. A w tych kilku zdaniach, są w stanie napisać wszystko, co da nam jasność całej sytuacji.
Polscy autorzy (nie mówię, że wszyscy, ale z tych co czytałam to nie spotkałam się z inną opcją) opisując coś, czy postać, czy otocznie robią opis na dwie strony. Prowadzą nas za rączkę i nie pozostawiają ani grama wyobraźni. Wszystko musi być tak, jak oni to sobie wymyślili. I jeszcze byłabym w stanie to wybaczyć, chociaż nie lubię być ustawiana przez autora, ale nie wybaczę tego, że robiąc opis rozdrabniają się na najmniejsze pierdoły i tym oto sposobem otrzymujemy kilkustronicowy opis poranka naszego bohatera, który mógłby być zamknięty w kilku zdaniach. 
Zapychając fabułę całkowicie bez sensu. 

To właśnie zrobiła autorka „Gwiazd Nadziei” zapchała fabułę opisami do tego stopnia, że po połowie miałam zwyczajnie dosyć czytania tych długich tekstów i pragnęłam przenieść się na dialogi. Nawet te najbardziej idiotyczne, ale dialogi. Wtedy też, zrozumiałam, że autorzy (znowu nie piszę, że wszyscy) nie mogą znaleźć złotego środka między dialogami, a opisami. Zawsze czegoś jest za dużo. Zawsze. 
I to właśnie dlatego tak rzadko sięgam po polskie książki. 


Czas się nigdy nie zatrzyma, pustka po osobie, którą kochasz, nigdy nie zostanie zapełniona, a tęsknota za kimś, kto posiadł każde uderzenie twojego serca, nigdy nie minie.”

„Gwiazdy Nadziei” to pozycja dla romantyczek i osób, które lubią długie opisy, gdzie wyobraźnia nie ma pola do popisu. Historia przedstawiona w książce nie jest zła. Sekrety, które nasi bohaterowie ciągle przeżywają, mają sens, ale ich zachowanie wobec siebie już niekoniecznie. 
Amara to bardzo słaba postać, Jaks jest już nieco lepszy. To druga książka tej autorki i myślę, że jeżeli zrezygnuje z arcy długich opisów, to jej pozycje będą zdecydowanie ciekawsze i nie będą nudzić. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu

Po drugiej stronie okładki

7 komentarzy:

  1. Zastanawia mnie fenomen polskich autorek, kryjących się pod amerykańskimi pseudonimami. Idąc do księgarni nie wiadomo, czy patrzymy na powieść polską czy zagraniczną, bo wszystkie opisy romansów i i tak wyglądają łudząco podobnie. Może tak najłatwiej się wybić - napisać ckliwą powieść, pełną banałow, i wydać pod zagranicznym pseudonimem, bo czytelnicy prędzej to łykną? Powiem Ci, że bardzo chciałam sięgnąć po tę książkę - sroka jestem, to i okładka mi się spodobała ;d. Widzę, że jednak tylko straciłabym czas. Cieszę się, że trafiłam na Twoją recenzję :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie spodziewałam się, że pod tym pseudonimem kryje się polska autorka. Co do samej książki to szkoda, że za bardzo została ,,rozciągnięta". Lubie kiedy książka ma ciekawe i rozbudowane opisy, ale łatwo można przegiąć dlatego raczej nie zapoznam się z tą pozycją.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
  3. Okładka jest cudowna, taka ciepła, treść pewnie jeszcze lepsza♥
    ~Pola
    www.czytamytu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale masz piękny blog! :) Zdjęcia są cudowne! Na pewno będę tutaj częściej zaglądać. A co do książki, to raczej sobie ją odpuszczę. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Podpisuję się pod akapitem o polskich książkach. Ja co prawda uwielbiam książki Pani Czykierdy-Grabowskiej, która zgrabnie wszystko równoważy, przez co nie ma zbędnych opisów. Jednak to wyjątek. Bardzo rzadko sięgam po polskich autorów, bo w sumie to mam lekki problem z tym, że często widać tą "polskość". Ciężko ubrać mi to w słowa, ale mam wrażenie, że nasi autorzy za wszelką cenę chcą "pokazać" umiejętność pisania wplatając w powieści "mądre" słowa rozwijane na kilka stron. Co w sumie tyczy się opisów opisanych przez ciebie wyżej. Zamiast w kilku zdaniach opisać pogodę, krajobraz, osobę czy nawet ubiór, robią to używając metafor, pięknych określeń itd. Jakby opisywali jakiegoś Świętego co najmniej.
    Co do samej książki to jak wpadnie mi w ręce, szansę kiedyś dam. Ale nie będę szczególnie zabiegać o tę pozycję i jej szukać. Jeśli nie uda mi się jej przeczytać, to rozpaczać też nie mam zamiaru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty jedna mnie rozumiesz <3! Coś czuję, że miałybyśmy całkiem ciekawą pogawędkę o tych polskich autorach :D

      Usuń