Wampiry w dorosłym wydaniu.
Mam za sobą „Wojnę Lotosową” od Kristoffa, a że „Wampirze Cesarstwo” trochę leżało na półce i czekało na swoją kolej, zatem w końcu postanowiłam po nią sięgnąć. I... no właśnie co?
Ze świętego kielicha blask święty się sączy.
Ład na świecie wyjdzie spod wiernego ręki, a przed obliczem męczeńskiej siódemki szary człowiek noc bezkresną zakończy.
Od ostatniego wschodu słońca upłynęło dwadzieścia siedem długich lat. Niemal trzy dekady temu wampiry wypowiedziały ludziom wojnę, by zbudować swoje wieczne cesarstwo na zgliszczach naszego. W morzu ciemności tlą się dziś tylko nieliczne iskierki światła.
Gabriel de León jest srebroświętym, członkiem świętego bractwa, które przysięgło bronić cesarstwa i Kościoła przed istotami nocy. Ale kiedy zabrakło światła dziennego, nawet Srebrny Zakon nie był w stanie powstrzymać naporu bestii. Teraz został tylko Gabriel.
Uwięziony przez potwory, które poprzysiągł zniszczyć, Ostatni Srebroświęty zostaje zmuszony do opowiedzenia dziejów swojego życia, historii legendarnych bitew i zakazanej miłości, utraconej wiary i nawiązanych przyjaźni, Wojen Krwi, Wiecznotrwałego Króla i pogoni za ostatnią nadzieją ludzkości: Świętym Graalem. *
Jak dobrze mnie znacie, to wiecie, że uwielbiam dark romance. Te prawdziwe darki, których nie ma w Polsce, gdzie włosy na karku mogą się jeżyć od opisów, jakie można spotkać w tych książkach.
ALE!
Po pierwsze, sięgając po dark romance, czytelnik jest zupełnie świadomy, co może zastać, ponieważ na pierwszej stronie znajdują się trigger warnings.
Po drugie, nawet jeżeli są tam brutalne opisy, to mają one jakieś konsekwencje, zastosowanie w całości fabuły. Nie są rzucone „bo tak”.
Po trzecie, tortury czy śmierć jednych bohaterów nie są używane po to, aby wyciągnąć innego bohatera do góry i pokazać, jaki to on jest zajebisty.
Dlaczego to piszę?
Już wam odpowiadam.
„Wampirze Cesarstwo” to pokaz fridgingu i mizoginii w papierowym wydaniu.
Najpierw jednak napiszę, co to jest ten „fridging”, bo w sumie nie wiem, czy istnieje jakiś odpowiednik w języku polskim.
Fridging to motyw literacki, w którym postać istnieje wyłącznie po to, aby zostać zabita, zaatakowana lub w inny sposób skrzywdzona, a wszystko to ma służyć jako wydarzenie wywołujące, które motywuje podróż innej postaci.
Opowieść, którą Kristoff przed nami snuje, pod postacią głównego bohatera Gabriela, to prawie osiemset stron właśnie tych motywów. Zaczynając od początku – każda kobieca postać, jaka znajduje się obok głównego bohatera, obrywa w taki, czy inny sposób. Opisy tortur i śmierci bohaterek są tu na porządku dziennym, rozpisane w najdrobniejszych szczegółach. Gwoli ścisłości – opisy dotyczące mężczyzn to zupełnie inna bajka. Szybkie, proste, bez bólu.
Kobiety u Kristoffa opisywane są wszystkimi możliwymi wulgarnymi przymiotnikami. Co jest o tyle zaskakujące, że nawet w dark romance nie spotkałam takich jazd, jak tutaj.
I ja wiem, że to jest fikcja, że to tylko książka.
Ale kiedy ja – czytelnik, dla którego listy trigger warningów są ucztą – zaczynam dostrzegać takie rzeczy, to coś jest nie tak.
Przede wszystkim nie tak jest brak takiej listy tutaj. Ostrzegającej czytelnika, co spotka w środku. Nie mam problemu z wydawnictwem MAG, bo oni po prostu wiernie przetłumaczyli to, co jest w oryginale. Mam problem z samym autorem, który olał sprawę i rzucił tylko „książka dla dorosłych”.
Tak, dla dorosłych, ale nawet dla nich powinno być ostrzeżenie, co mogą otrzymać. Nigdy nie wiesz, kto bierze książkę do ręki.
Przekleństwa w „Wampirzym Cesarstwie” są używane na siłę. W imię „książki dla dorosłych”. Można je wyciąć i nic się nie straci.
A skoro już o wycinaniu mowa – trzysta stron też można wyciąć. Książka jest rozlazła, momentami nudna, wiele rozdziałów nic nie wnosi do fabuły. Przysięgam, męczyłam się czytaniem. Ale obiecałam sobie, że skończę, bo dopiero przy pełnym obrazie chciałam napisać opinię.
Swoją drogą, drugi tom zamierzam przesłuchać. Nie dam rady czytać kolejnego kloca, w którym połowę można wywalić.
Czy to jest fantastyka? Są wampiry, więc poniekąd tak.
Czy to jest romans? Też, scen erotycznych tu nie brakuje.
Czy to jest poradnik, jak nie pisać postaci żeńskich? Jak najbardziej.
„Wampirze Cesarstwo” to książka, której nie bierze się na serio, a i tak wkurwia – że się tak dobitnie wyrażę. Owszem, Kristoff ma naprawdę ciekawy styl pisania, jest w co się wczytać, ale tutaj jest o wiele więcej minusów niż plusów, aby ta pozycja była dobra.
Humor tej książki to typowa „gimbaza”. Większość żartów ma związek z częściami intymnymi bądź paniami lekkich obyczajów. Zbyt często miałam ciarki żenady, żeby o nich nie pamiętać.
Podsumowując, „Wampirze Cesarstwo” to książka zła, nudna i zupełnie źle otagowana.
Na szczęście nie wszystko musi mi się podobać, a ktoś inny może mieć dobrą zabawę, bo nie będą go razić te rzeczy, które mnie raziły. Czy polecam? Nie. I tak jak pisałam wyżej – zmęczyłam tę książkę, bo chciałam mieć pełny obraz, aby napisać opinię. Nie lubię porzucać książek, a przede wszystkim uważam, że nieskończonych książek nie powinno się opiniować, bo MOŻE na koniec pisania autor oberwał piorunem i zupełnie zmienił ścieżkę fabularną.
Oczywiście to tylko moje zdanie. Co więcej – sięgnę po drugi tom i sprawdzę, czy poszło to głębiej i jest gorzej, czy może faktycznie piorun uderzył w Kristoffa i się przebudził.
*opis od wydawcy
