Okiem na ekran: „Tyler Rake: Ocalenie”


Niemożliwe.

Niemożliwe jest to, że w końcu trafiłam na film, który wyszedł na Netflixie i mi się spodobał. 
Po ostatniej nieudanej „Bagiennej Ciszy” myślałam, że „Tyle Rake” będzie kolejnym filmowym gniotem, a tu proszę. Zostałam zaskoczona, aczkolwiek to zaskoczenie nie jest takie znowu do końca pozytywne.

Tyler Rake jest najemnikiem, który para się brudną robotą. Pewnego dnia dostaje ofertę nie do odrzucenia. Ma odbić z rąk porywaczy syna międzynarodowego barona narkotykowego, który siedzi w więzieniu. Rake przystaje na tę misję, ale nie zdaje sobie sprawy z ryzyka, które podejmuje zgadzając się na nią. Rake wchodzi do połświatka handlarzy bronią i narkotykami, a w trakcie niebezpiecznej misji odbijania chłopca, wszystko zaczyna się psuć.
Okazuje się, że nie tylko Rake został zatrudniony do odbicia porwanego chłopaka.


Ten film można określić jednym słowem „odmóżdżacz”. 
Bo „Tyler Rake” właśnie taki jest. 
W dwie godziny dostajemy w pigułce akcję i całą serię strzelanin, walk na noże i akcji prawie godnych komandosów. 

Z racji tego, że lubię filmy, w których krew wypływa dosłownie zewsząd, a trup ścieli się gęsto przy „TR: Ocaleniu” bawiłam się dobrze. Nie przewinęłam ani sekundy tego filmu, a początek, który zazwyczaj w takich filmach nie pokazuje za dużo, tutaj jest całkiem zaskakujący i przede wszystkim wciąga nas od pierwszych kilku minut filmu. 


Myślałam, że trochę bardziej będzie rozwinięty wątek całej tej agencji, która zatrudniła Tylera oraz jego przeszłość, którą możemy oglądać w kilkusekundowych wizjach, ale niestety nie otrzymałam tego. Czegoż ja się spodziewałam, przecież w tym filmie nie chodzi o budowanie bohaterów, tylko o rozwałkę. 

Chris Hemsworth prezentuje się znakomicie w kamizelce kuloodpornej, ale wiecie... przystojny mężczyzna to i w worku po ziemniakach będzie wyglądał. Chociaż osobiście nie jestem fanką żadnego z braci Hemsworth to muszę przyznać, że sprawność fizyczna Chrisa miała tutaj swoje odzwierciedlenie. Co ten aktor czasami wyczyniał w kolejnych potyczkach ulicznych to głowa mała. Dobrze się to oglądało, a przede wszystkim nie nudziło, nawet jeśli widzieliśmy to już któryś raz z kolei. 


Fabuła „Tyle Rake: Ocalenie”... no w sumie trochę istnieje, ale bez szału. Chodzi o odbicie syna barona narkotykowego, który nie dość, że pokazał jak bardzo jest bezmyślny, to jeszcze bardziej wadzi, niż pomaga Rake'owi wykonać misję. Owszem, mamy tutaj fragment, kiedy Rake ma dylemat: zostawić go czy nie zostawić, ale jest to chwilowe i w sumie nie ma za dużo do całości filmu. 


„Tyler Rake: Ocalenie” to film, który w końcu przełamał złą passę Netflixa. Muszę przyznać, że zostałam tym nieco zaskoczona, bo nie przyszykowałam sobie nawet kawy do oglądania. Dlaczego? Bo myślałam, że przewinę połowę z nudów, a tutaj okazało się, że nie wstałam od monitora dopóki nie zobaczyłam napisów końcowych. Przystępna fabuła okraszona świetnymi kadrami strzelanin lub potyczek, oczywiście momentami mocno wybujała, ale generalnie „Tyler Rake” to film, który warto oglądnąć. Wiecie... w dwie godziny można przeczytać całkiem sporą ilość stron, a jednak mój mózg wolał oglądnąć ten film do końca. 

Zdjęcia pochodzą z serwisu IMDb

Po drugiej stronie okładki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz