„Instytut” - K.C. Archer


Jeżeli choć trochę odstajesz od normy...

...to znaczy, że pasujesz do Whitfield. 

W styczniu wydawnictwo Uroboros proponuje nam wycieczkę do Instytutu, w którym każdy nienormalny czuje się, jak swój. Dołączycie do Teddy w jej przygodzie?

Teddy Cannon, choć potrafi zarobić sama na siebie, wpadła w sidła hazardu. Dziewczyna wisi rosyjskiemu właścicielowi kasyna w Vegas grubą kasę. Kiedy w przebraniu zjawia się ponownie w kasynie, do którego otrzymała zakaz wejścia wie, że stawia wszystko na jedną kartę. Z początku wygrywa rundę za rudną, czytając swoich przeciwników, jednak w pewnym momencie przy jej stole zjawia się tajemniczy mężczyzna, który wytrąca ją z rytmu gry, a mało tego wygrywa z nią w pokera, przez co dziewczyna jest w jeszcze większym długu, niż początkowo. 
A kiedy Teddy próbuje uciec okazuje się, że policja już na nią czeka. Z nieprzyjemnej sytuacji wybawia ją tajemniczy nieznajomy, który zaprasza ją do instytutu, będącego ściśle tajną placówką, która kryje się u wybrzeży San Francisco. Z początku Teddy nie ma zamiaru udać się z mężczyzną, ale widząc pewne dość dziwne zjawisko na własne oczy, zgadza się. 
Na następny dzień staje przed Instytutem Whitfield, który uczy media telekinezy, telepatii i umiejętności śledczych, które później wykorzystają w pracy z instytucjami rządowymi. 
Nauka wykorzystania swoich zdolności to dopiero początek historii Teddy, która musi stawić czoło znacznie większej sprawie. 

Ja się pytam, kiedy drugi tom?
„Instytut” K. C. Archer to książka, jakiej potrzebowałam w styczniu, aby poczuć chęć do czytania fantastyki. 
Poza o niebo lepszą okładką, niż oryginalna mamy tutaj historię, której w tym gatunku nie miałam jeszcze okazji przeczytać. 

Teddy to przeciętna dwudziestokilkulatka, która nie zna swoich biologicznych rodziców, a ci przybrani, którzy wychowali ją od małego są dla niej jedyną rodziną. Kiedy dziewczyna odkryła swoje zdolności czytania ludzi nie sądziła, że tak naprawdę to nie jej spostrzegawczość jest tutaj siłą napędową zwycięstw w kasynie, a jasnowidztwo, którego nigdy by u siebie nie podejrzewała. 
Cannon to rodzona chłopczyca, która nie boi się wpadać w tarapaty, ale ma w tym wszystkim jeden warunek – chce, aby jej rodzice o niczym nie wiedzieli i byli najzwyczajniej w świecie bezpieczni. 
W Instytucie Teddy z początku jest mocno sceptyczna do całości tej organizacji, ale z dnia na dzień przekonuje się, że całe te nadprzyrodzone siły naprawdę istnieją i nie ona jedna odstaje od normy. 

W „Instytucie” poza świetnie napisaną główną bohaterką, mamy też całą masę postaci pobocznych, którzy są niemniej ważni, niż sama Teddy. Jej przyjaciele i wrogowie z dnia na dzień zmieniają swoje role w życiu Cannon, a kiedy zaczyna się robić nieciekawie, okazuje się, że najbardziej skryta w sobie osoba potrafi być pomocna. 

Ba! Po pierwszych stu stronach stwierdziłam, że będzie tu motyw „hate-to-love”, który w książkach wprost uwielbiam. I rękę bym sobie dała uciąć, że naprawdę będzie to, co mi się wydawało, a tu klops (i ręki bym teraz nie miała). K. C. Archer pokierowała mini wątek romantyczny ( w sumie to nawet nie powinnam tak tego nazwać) w całkiem inną stronę. ALE! Ani trochę mi to nie przeszkodziło w czerpaniu radości z czytania o jej przygodach i nauce bycia medium. W sumie, to chyba nawet dobrze wybrała, jak tak teraz myślę. 

Jeżeli myślicie, że „Instytut” to typowa książka fantastyczna, to Was zaskoczę. Pod koniec mamy namiastkę kryminału, która napisana jest w taki sposób, że końcówkę czyta się z prędkością światła, byleby poznać rozwiązanie. A wiecie co jest na samiuśkim końcu? Cliffhanger, który cliffhangerem do końca nie jest. Kiedy skończyłam „Instytyt” od razu wiedziałam, że nie zostawię tej książki w ten sposób i poszłam kupić drugi tom na czytnik. Chce wiedzieć, co z Teddy i jej życiem, jako medium dalej się działo. 

Pod koniec muszę wspomnieć o tłumaczce Emilii Skowrońskiej, która nie tylko świetnie przetłumaczyła całą historię, oddając jej sens, ale też poprawiła mi humor używając najpopularniejszego młodzieżowego słowa w 2018 roku, czyli „dzban”. Aczkolwiek ze zdaniem, w którym to słowo zostało użyte już się nie zgodzę. 

„Instytut” K.C. Archer to intrygujący początek historii Teddy Cannon, który wciąga i zabiera nas w świat, gdzie wszystkie chwyty dozwolone. Zatem pamiętajcie o zbudowaniu muru w głowie, kiedy będziecie się z kimś spotykać, aby nikt nie mógł odczytać Waszych myśli. 

Za egzemplarz do opinii dziękuję wydawnictwu

Po drugiej stronie okładki

9 komentarzy:

  1. O tej książce słyszałam bardzo dużo na bookstagramie. Okładka bardzo przyciąga wzrok, jednak sama książka nie za bardzo mnie przekonuje ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. O, czyli dobrze, że wziąłem. :D Chociaż jeszcze nie zacząłem, pewnie zrobię to w weekend. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie Instytut czeka już na mnie na półce. Mam nadzieję jeszcze zdążyć go przeczytać w styczniu, choć jeszcze dwie książki czekają na półce przed nim.

    OdpowiedzUsuń
  4. Koniecznie muszę przeczytać tę powieść :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie do końca jestem i byłam przekonana co do pomysłu na fabułę w tej książce, więc nie wiem, czy przeczytam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. No dobra! Najpierw pomyślałam, że to nie dla mnie, ale summa summarum zachęciłaś mnie do przeczytania tej książki :D.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nooo niee nie Bede nic czytać. Bardzo, ale to bardzo chce ją przeczytać. Zero spoilerów. Kinga

    OdpowiedzUsuń
  8. Książka czeka na półce. Wkrótce się za nią zabieram :) piękna okładka!

    OdpowiedzUsuń
  9. Lekka, młodzieżowa, bez specjalnego zachwytu, ale może być

    OdpowiedzUsuń