ZATOPIONY KSIĄŻKOHOLIK #3| Arabia Saudyjska (i Ukraina)


Ciepła mam już dość.


Napełnieni jęczmieniem po same brzegi (i słodyczami, wysypującymi się z szafek) ruszyliśmy do Arabii Saudyjskiej. Jeszcze dobrze nie wypłynęliśmy z Rosji, a już wszyscy stękaliśmy, że nie chcemy płynąć do tej gorączki. 

Aby wejść do kanału Suezkiego, trzeba ustawić się w kolejce i poczekać na konwój. Przestaliśmy razem z innymi chętnymi na wpłynięcie do niego całą noc, a o czwartej rano, nasza wesoła gromada, w której było kilkanaście (albo kilkadziesiąt, nie liczyłam) statków ruszyła. W kanale Suezkim przez dziesięć godzin płynęliśmy z pilotem. Oczywiście ci się zmieniali, co kilka godzin. Na statek musieliśmy wpuścić ziomków, którzy zrobili sobie u nas na korytarzu do mesy ryneczek. Osobiście nic nie kupiłam, ale widziałam, że magnesy z camelami miały branie. 



Kanał Suezki okazał się być magiczny. Nie pod względem widoków, chociaż też było co podziwiać, ale głównie pod względem temperatury.
Wyobraźcie sobie, że jest ciepła jesień w Polsce. Chodzicie w krótkich rękawkach. Przechodzicie przez drzwi i dostajecie gorącem w twarz, a termometr szaleje i rośnie do 50 stopni Celsjusza. Wy zaś macie ochotę rozebrać się do bikini, ale z racji, że jesteście w muzułmańskim kraju to musicie mieć na sobie długie spodnie i zakryte ramiona. Fajnie? 
Ani trochę.


Przez pierwsze dni w Dubie, bo do takiego portu zapłynęliśmy, po przejechaniu dłonią po przedramieniu, kapał ze mnie pot. Termometr wskazywał 45 stopni w cieniu i człowiek siedząc i oddychając był zmęczony. Kiedy eksperymentalnie wzięliśmy termometr między ładownie, skończyła się skala. Także, do teraz zastanawiam się, jak ci ludzie tam żyją. Jeszcze rozumiem tych, którzy się tam urodzili, ale na nasz statek i w porcie w większości byli najemnicy z Bangladeszu, czy Pakistanu, którzy przyjechali tu zarobić. 




W Dubie czas płynie wolno. Wolniej, niż w Polsce. Nikt się tam nie spieszy, a pracownicy byli lepsi, niż nasi drogowcy, bo nie było tak, że jeden robił, a reszta patrzyła. Tam nikt nie robił.
Dzienne wachty w tym upale były dla nas piekłem na Ziemi. Szczególnie, że mam wachty od 12 do 16. Największe i najmocniejsze Słońce, codziennie się do nas uśmiechało. 
Widoki mieliśmy pustynne, co widzicie na zdjęciach. Szukaliśmy drzew, czy chociaż chwastów, ale nie uświadczyliśmy takich cudów na tej suchej ziemi. 



Nocą, czas przyspieszał. Szczególnie, że od pierwszego dnia, na wachtach nocnych przychodził do nas jeden z najemników pracujących na statku przy wyładunku. Niejaki Mintu. Jak jeden z niewielu kumał po angielsku trochę więcej i to dzięki niemu dowiedziałam się, co nieco o Bangladeszu, o jego rodzinie i o pracy tutaj. Mówił, że podpisał kontrakt na pracę w Dubie na szesnaście lat, a jego zarobki to 150$ miesięcznie. Do domu wpada raz na dwa miesiące, a potem ponownie wraca do pracy. Aktualnie leciał mu dziesiąty rok, jak jest na robocie w porcie w Arabii Saudyjskiej. Muszę wam napisać, że jak tak człowiek trochę posłucha ludzi z innych krajów, to końcem końców stwierdza, że jednak u niego wcale nie jest tak źle. Może nie jest też idealnie, ale da się żyć lepiej, niż gdzie indziej. 

Staliśmy bity miesiąc w tej Dubie, bo nie wyładowywali nas dźwigami, które są znacznie szybsze, a rurami, które możecie zobaczyć na zdjęciu niżej. Co więcej, w nasze piątki jest u nich niedziela i ich tempo drastycznie spadało, a dodatkowo mieli przerwy w ciągu dnia. Jak pisałam, spokojnie, wolno i bez nerwów. 


Po pierwszym tygodniu upały zelżały, albo to my się po prostu do nich przyzwyczailiśmy i było już znośnie. Uskuteczniliśmy picie 1,5 litra wody na 4 godziny, zatem wszyscy dietetycy i nie wiem kto jeszcze, byliby z nas dumni. Dziennie z 5-6 litrów płynów na spokojnie przyjmowaliśmy. I to nie alkoholowych!

Okazało się, że z Duby lecimy ponownie na Morze Czarne, tym razem jednak do Ukrainy do portu w Mikołajewie. Ponownie po przekroczeniu kanału Suezkiego poczuliśmy się, jak w normalnym świecie, bo zrobiło się chłodniej na Morzu Śródziemnym. Na Czarnym zaś, naciągnęliśmy na siebie kurtki. W końcu to już październik, jesień z mocnym, zimnym wiatrem. Kiedy piszę ten post, stoimy właśnie na Ukrainie w porcie. Dalej nie przyzwyczaiłam się do tej chłodniejszej temperatury, ale za to można oddychać i normalnie funkcjonować, bo nie ma upału. Muszę przyznać, że po miesiącu w Dubie, ciepła mam już dość i za żadne skarby świata, nie dam się namówić na wyjazd na wolnym do ciepłego. Nie ma nawet takiej opcji. 



Na Ukrainie stara bida. Mamy w porcie, przed statkiem psy, które stały się naszymi przyjaciółmi, gdyż co zostanie z obiadu, czy kolacji to zawsze dostaną one do miski. Chociaż tyle, że bawią się przed trapem, to można popatrzeć na nie i zająć czymś czas, jak stoi się na wachcie przez cztery godziny. 

Ponownie ładują nam jęczmień na paszę dla wielbłądów i tego, co mi wiadomo, ponownie wracamy do piekła na Ziemi, ale tym razem nie do Duby, a do Jeddah, gdzie jest jeszcze bardziej restrykcyjnie, jeżeli chodzi o religijność i prawdopodobnie, jako kobieta będę musiała na statku siedzieć w abaji. Jeżeli tak, na pewno pokaże Wam zdjęcie. 
Jedyne czego się obawiam, to powrotu do domu w grudniu, kiedy w Polsce będzie śnieg, a my w Jedzie będziemy mieć 35 stopni Celsjusza. Bo wiecie, choróbsko murowane.
No, ale zobaczymy. Póki co, to jeszcze stoimy na Ukrainie, ale tylko pięć dni.

Po drugiej stronie okładki

1 komentarz:

  1. Dwa ostatnie zdjęcia są bardzo klimatyczne. Życzę udanego i spokojnego powrotu do Polski w grudniu.
    Fajnie spojrzeć czasem na inne kraje z bliska.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń