„Until Trevor” – Aurora Rose Reynolds


Zaczynam się zastanawiać czy nie wymagam za dużo od książek.

Mam jedną zasadę, kiedy czytam książki. Jeżeli pierwsza cześć jest nudna i nie wchodzi, to zawsze daję szansę autorowi, bądź autorce odkupić winy w drugim tomie. Gorzej, jak drugi tom jest taki jak pierwszy, albo nawet gorszy. Wtedy po prostu mam mniej książek do przeczytania, bo autor jest dla mnie spalony.
Tak było właśnie w przypadku Aurory Rose Reynolds i jej „Until November”. Pisałam Wam w pierwszej Recenzji, że książka była w miarę przyjemna poza wielką torbą cukru, jaką autorka nam zaserwowała. 
Z racji, że jednak była to lekka pozycja stwierdziłam, że spróbuję z drugim tomem. 
No i… w sumie to chyba ostatnim. 

Liz, a raczej Elizabeth miała wpadkę z jednym z braci Mayson. Przez źle dobrane słowo w rozmowie wyszło, że jest dziewicą, przez co Trevor, aby jej nie zranić zrezygnował z dalszej zabawy i po prostu wyszedł. Oficjalnie zaczęli się unikać, mimo że coś ich do siebie przyciągało, a każdego mężczyznę, jaki zbliżył się do Liz, Trevor zabijał wzrokiem. 
Twierdził, bowiem, że ona należy do niego i nikt nie ma prawa jej ruszyć, chociaż sam też jej nie ruszał.
Kiedy dziewczyna okradziona przez własnego brata podjęła się pracy w klubie ze striptizem u Mike’a znanego nam z wcześniejszego tomu, w Trevorze coś pękło.
Samiec alfa, jakim był obudził się i stwierdził, że Liz nie będzie pracować w takim miejscu, bo on nie może wytrzymać myśli, że obcy mężczyźni będą się jej przyglądać. Zabrał ją do domu, a ona oczywiście się na niego obraziła. Chciała zarobić tylko pieniądze, aby utrzymać swój sklep, a nie miała nic, bo brat wszystko zabrał. W dodatku jej mama brała drugi ślub i dziewczyna nie chciała jej mówić o problemach. 
Ich unikanie siebie wzajemnie nie wyszło, bo nagle trafili do domu Trevora, a potem do łózka. 
Po czym wybuchła długo oczekiwana miłość. 

Tak naprawdę to, co napisałam wyżej mogłabym Wam streścić w jednym zdaniu, ale się powstrzymam. Sądziłam, że otrzymam trochę lepszą (niekoniecznie od razu wybitną) pozycję o kolejnym bracie Maysonie, ale za to zdegustowana odłożyłam książkę na półkę i stwierdziłam, że mi wystarczy.
Historia jest totalnie oklepana. Nic w niej się nie dzieje, a sensację, jaką autorka próbowała wprowadzić sprawiła, że śmiałam się z żalu nad tą pozycją. Boże, jakie to było nudne. Dobrze, że „Until Trevor” ma tylko dwieście stron, bo dłużej nie dałabym rady męczyć się z tą książką. 
Bohaterowie są płascy jak asfalt na autostradzie w Niemczech. Kompletnie bez głębi, wyrazu czy jakiejkolwiek pasji. Po prostu sobie żyją i książka sobie leci. Trevor stara się być samcem alfa i dyktuje Liz warunki, a jej odpowiedzi w sumie się dla niego nie liczą. 
Fragmenty ze ślubem w dwa tygodnie, a potem z kontrolowaniem przez Trevora cyklu miesiączkowego Elizabeth sprawiły, że zamrugałam zaskoczona i zaczęłam się zastanawiać, co autorka brała podczas pisania tej książki. 
Jedyne, co mnie zaciekawiło, to wątek Nico, który wydaję się być najlepszą postacią z całej serii i to właśnie na jego tom poczekam i OSTATNI raz dam szansę tej autorce. Oby potrafiła to wykorzystać. 

Przechodzimy teraz do najważniejszej kwestii. Zapytacie pewnie „To w końcu poleca czy nie?”.
A ja odpowiem Wam, polecam. Tak, nie róbcie wielkich oczu. „Until Trevor” polecam osobom, które lubią normalne historie, pełne ciepła, miłości i gdzie nie ma za dużej sensacji. Książkę można przewidzieć od samego początku, więc nie trzeba się na niej zbytnio skupiać. Ogólnie jest to lektura dla osób lubiących lekkie książki, gdzie po prostu się je czyta, nie zaś przeżywa wraz z bohaterami.
Teraz, pewnie zastanawiacie się „ W takim razie, co z akapitem wyżej?”. To, że „Until Trevor” mnie znudził. Okrutnie. Lubię książki, gdzie jest akcja, gdzie jest jakiś zły charakter albo, chociaż główny bohater będący pół na pół z dobrem i złem. Trevor był dobry. Tylko dobry. Jakby się dało to wszedłby za Liz w ognie piekielne, a ona swoim zwyczajem znanym nam od początku książki byłby na niego obrażona. Przez to właśnie, że autorka zrobiła z niego pantoflarza dla mnie stał się bezwartościowy. 
O Liz i jej fochach nie mam nawet zamiaru wspominać <westchnięcie>.

Kończąc, jeżeli podobało Wam się „Until November”, to przy „Until Trevor” nie będziecie zawiedzeni. Książki są do siebie podobne, utrzymane w tym samym charakterze i lekkie. Są też na tyle krótkie, że można je przeczytać w kilka godzin. Przyjemna lektura dla ludzi lubiących tego typu klimaty. Jeżeli Was wciągnie to napiszcie mi, co w niej było takiego ciekawego. Z chęcią się dowiem!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu


Po drugiej stronie okładki

8 komentarzy:

  1. Chcę dać tej serii szansę za jakiś czas, bo lubię sięgać po takie lekkie książki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjaciółka również chwali, więc może kiedyś przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja raczej nie lubie tego typu klimatów, więc się nie skuszę na tę książkę. Obecnie naszła mnie ochota na fantastykę i historie, gdzie ciągle coś się dzieje, najlepiej pozbawione miłości :P Za dużo się o niej naczytałam ostatnio.

    Pozdrawiam i zapraszam:
    biblioteka-feniksa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. O nie, nie - miałam początkowo ochotę na pierwszy tom, ale szybko mi przeszło, zatem o drugim nawet nie myślę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też nigdy nie skreślam autorka po nieudanym pierwszym tomie, czy jednej książce. Zawsze mam nadzieję, że to jeden "wybryk" ;D
    Ja nie czytałam jeszcze pierwszej części, bo straciłam trochę ochotę po tym jak prawie w każdej recenzji było napisane, że książka jest słaba. Jednak dam jej szansę kiedyś, bo kto wie, mnie się może spodoba? Chociaż szczerze marne są szanse, bo nie lubię płytkich bohaterów, słodkości i facetów co rządzą kobietami.

    OdpowiedzUsuń
  6. O nie, nie, nie. Za ten tom na pewno się nie zabiorę! 😂

    OdpowiedzUsuń