„A little, too late”



Ciągle miałam wrażenie, że czytałam coś już Staci Hart. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nie, a „A little, too late” jest moim pierwszym spotkaniem z jej twórczością. 

Niestety nieudanym, ale nie wyłączacie odbiorników (a raczej tego posta), bo chce Wam wyjaśnić dlaczego, gdyż nie jest to zupełnie zła książka. 

Charlie jest pracoholikiem. Jego życie składa się ze śniadania z dziećmi, a potem pójścia do gabinetu i zamknięcia się w nim na cały dzień. Szuka nowej niani do dwójki swojego potomstwa, ponieważ ostatnia musiała awaryjnie wyjechać. Matka dzieci, odeszła od rodziny bardzo dawno, w dodatku podczas małżeństwa, które nadal trwa zdradzała Charliego z jego najlepszym przyjacielem z firmy prawniczej, w której razem pracowali. Mary jest… nie ukrywajmy – zwykłą suką. Nie chce rozwieźć się z Charliem, a jednocześnie ma w głębokim poważaniu i jego i ich dzieci - Maven i Sammy’ego.

„ And you told me I belonged with you.

So what you’re saying is, I’m right ? Because I love to be right”

Hannah przyjechała z Holandii do USA, aby pracować. Po nieudanym pierwszym pracodawcy, który próbował się do niej dobierać, zostaje bez pracy. Jej Visa na pobyt w Stanach zaczyna się kończyć i kobieta chwyta się każdej możliwej propozycji pracy, aby znaleźć coś na szybko. Przyjmuje ją właśnie Charlie, do swojej rodziny i pod swój dach, zatrudniając ją i dając jej pokój w swoim domu. Kobieta szybko łapie kontakt z dziećmi, a Charlie będąc pełen podziwu dla jej łatwości nawiązania kontaktu z maluchami postanawia sam się tego nauczyć. 
Zaczyna się niewinnie od drobnych pomocy, podczas których Hannah uczy Charliego mycia swoich dzieci, usypiania ich i spędzania z nimi czasu. 
W końcu przeradza się to w spędzanie czasu razem, wychodzenie w różne miejsca i odstawienie pracy na drugie miejsce. 
Pewnej nocy… między tą dwójką wszystko się zmienia za sprawą jednego pocałunku.
Kiedy życie Charliego zaczyna się w końcu stabilizować i budować na nowo… most pęka za sprawą jego żony.

„A little, too late” to książka dla ludzi, którzy lubią spokój. Według mnie, nawet ciut większa sensacja nie buduje u napięcia, ani ekscytacji Czytelnika, co do fabuły książki. Przynajmniej ja osobiście tak miałam. Przeczytałam i w sumie było minęło.
Mogłabym się pokusić, że postaci w tej książce są bezbarwne. Ani Hannah, ani Charlie nie wyróżniają się czymś szczególnym. Duży udział w tej historii ma Maven i Sammy, ale i oni nie sprawili mi jakiejś większej radości z czytania.
Nie przepadam za smętnymi książkami, gdzie opisana jest historia jak z bajki, która nie sprawia zaskoczenia swoim końcem. Nawet, jeżeli w międzyczasie robi się lekkie zamieszanie. Sięgnęłam też po tę pozycję dla okładki ( tu mnie macie ). Naprawdę bardzo mi się podoba, ale niestety okładka to nie wszystko.

„A little, too late” polecam osobom, które lubią jak akcja rozwija się w równym tempie, powoli i nieprzerwanie. Gdybym miała opisać tę pozycję linią życia, to pacjent by zmarł. Według mnie jest to słaba książka, oczekiwałam coś innego, niż otrzymałam. Zastanawiałam się, do jakiej książki wydanej w Polsce to przyrównać wypadło na Samanthę Young i jej „To co najważniejsze”, które było książką tak okrutną, że większych katuszy nie miałam okazji cierpieć. 
Pewnie myślicie czy polecam?
Cóż i tak i nie.
Jeżeli oczekujecie od książki agresywnej fabuły oraz szybkiej akcji to tutaj tego nie otrzymacie.
Gdy zaś jesteście fanami spokojnie rozkwitającego uczucia, w gronie niemalże rodzinnym, z lekką sensacją, niepowodującą ciarek na skórze to „A little, too late” jest dla Was idealne.
Sami zdecydujcie czy chcecie sięgnąć po tę pozycję.


źródło obrazka - TU

Po drugiej stronie okładki

12 komentarzy:

  1. Czasami mam ochotę na książki spokojne i monotonne, ale zdarza się to bardzo rzadko. Zazwyczaj wolę, jak powieść wywołuje u mnie multum emocji, nie mogę zaczerpnąć tchu podczas lektury, dlatego "A little to latte" sobie odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę,że to mogło by być coś dla mnie.:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że ta publikacja nie spełniła w pełni Twoich oczekiwań.

    Ale okładka ładna :D Lubie róże na zdjęciach ^^

    Pozdrawiam serdecznie ♥♥
    Nie oceniam po okładkach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale niestety okładka to jedyny atut tej książki dla mnie ;D

      Usuń
  4. Bardziej lubię czytać książki, w których jest jakieś napięcie i które wywołują emocje, ale sięgam czasem też i po książki, które są właśnie takie spokojne. Może kiedyś przeczytam tę pozycję, ale na razie sobie odpuszczę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Okładka piękna <3 I treść też się wydaje ciekawa. Jedna lubię jak w książce coś się dzieje, jak budzi we mnie emocje i nie potrafię się od niej oderwać. Tu chyba tego bym nie znalazła :( Dlatego przeczytałabym tylko jakby była wydana, ale skoro nie jest to odpuszczam sobie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Eh czasami tak żałuję że nie powróciłam do czytania, bo wiem jak dużo tym trace nawet czytając tą recenzję całkowicie żałuję.. Może wreszcie znajdę czas na ciepły koc i dobrą książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajna propozycje na jesienne wieczory

    OdpowiedzUsuń
  8. Śliczna książka. Mam nadzieję, że uda mi się ją przeczytać, jak najszybciej.
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie :D
    https://okularnicaczyta.blogspot.com/2017/11/jest-poranek-bozego-narodzenia-recenzja.html

    OdpowiedzUsuń
  9. Ładnie wygląda www.meriskarecenzuje.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Rzeczywiście okładka przyciąga :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Masz rację, okładka faktycznie wpada w oko i już miałam zapisywać tytuł, jednak po przeczytaniu Twojej recenzji widzę, że treść tak naprawdę jest nijaka i później mogłabym żałować czasu poświęconego tej powieści.

    OdpowiedzUsuń