niedziela, 2 lipca 2017

„Co byś zrobił? Jak byś żył, gdyby nikt nie patrzył ci na ręce?”


Ta książka nie potrzebuje wstępu. Nie potrzebuje nawet polecenia, aby po nią sięgnąć.

Po prostu należy ją przeczytać, aby zrozumieć, że warto cieszyć się z małych rzeczy. Cieszyć się z każdego danego Nam dnia i każdego nowego wspomnienia. 
I sięgać po marzenia, nie zapominając o ludziach, którzy sięgnąć Nam po nie pomogli.

„Kiedy myślisz, że kogoś znasz, ten ktoś się zmienia. Albo ty się zmieniasz. A może ta zmiana jest obustronna. I to zmienia wszystko.”

Kate jest pozytywnie zakręconą dwudziestolatką, która ma ciekawy sposób postrzegania świata. Ciekawy i niespotykany z racji, iż jest osobą która pomoże każdemu, kto chce otrzymać tą pomoc i do tego popchnie człowieka do działania. Jej dotychczasowe życie nie było łatwe ba, było wręcz koszmarne, ale nasza bohaterka nie poddawała się i szła pod prąd każdy kolejny dzień witając z uśmiechem na ustach. 
Przeprowadza się do nowego miasta, gdzie ma zacząć studia. Jest to duży krok dla niej samej, ale też i dla jej przyjaciela Gus, gdyż zawsze byli nierozłączni. Teraz zaś, każde z nich musi podążyć własną ścieżką, która ma zadecydować jak dalej potoczą się ich losy.
Na uczelni, ale też poza nią Kate poznaje nowe osoby i ochoczo zaczyna zarażać ich swoim pozytywnym nastawieniem do życia. Sprawia, że problemy spadaja na dalszy plan, a ludzie stają się odważni i zaczynają dążyć do swoich celów sprawniej i natychmiastowo. 
Dzięki niej wszystko staje się łatwiejsze. 
Znacznie łatwiejsze. 
Świat jest piękniejszy. 
A ona sama jest w nim jak promyk słońca, który rozwesela wszystko i sprawia, że chce się żyć. 
Nawet rozstanie z Gusem, mimo że jest trudne dla nich obojga okazuję się nie być katastrofą, gdyż młodzi utrzymują kontakt przez internet i telefon. 
Życie i studia Kate przebiegają idealnym rytmem, z drobnymi potyczkami, którymi blondynka się nie przejmuje, do czasu, aż spada na nią wiadomość, zmieniająca jej pogląd na świat. 
Na początku nie chce do siebie dopuścić tego co ma się stać, ale potem zwyczajnie zaczyna rozumieć, że tak ma być, a nie inaczej. 

„Wiesz, jak to jest, gdy zostaje się pobłogosławionym kimś wyjątkowym, do kogo miłość aż boli, a potem ten ktoś zostaje ci na zawsze odebrany?”

Pisałam Wam na facebooku, że do 300 strony nie byłam przekonana, w sumie dalej nie wiem czy jestem jak mam być szczera. Niby to było smutne i chwytliwe za serce, ale dopiero na końcu. Chociaż i koniec był dla mnie normalnym tokiem zdarzeń. Przez pierwsze 300 stron czytałam to, żeby czytać. Ani mnie nie wciągało, ani odrzucało, ot taka książeczka do przeczytania. 
I podobnie jak w „Złapać milionera” przełom nastąpił w okolicach 305 strony, kiedy zaczęłam czytać szybciej ciekawa końca. Dziś skończyłam i muszę przyznać, że końcówka zaciekawiła mnie do tego stopnia, że sięgnę po kolejne dwa tomy w niedalekiej przyszłości. 

Bohaterowie są charyzmatyczni. Mamy tutaj całą gamę osobowości. Każda z przedstawionych nam postaci jest inna, oryginalna i odmienna od pozostałych przez co nie ma miejsca na nudę. Najwyraźniej u Kim Holden różnorodność jest na porządku dziennym. Kate polubiłam dopiero od przełomu, ale nie związałam się z nią jakoś okrutnie. Gus i Franco... to chyba muszę zostawić na inny post. Przyznam, że fragmnety z nimi, szczególnie te muzyczne były według mnie najlepsze i właśnie tego mi mało! Mam cichą nadzieję, że doczekam się zaspokojenia w kolejnych tomach. 

Drażniło mnie to młodzieżowe podejście, było takie... przerysowane troszeczkę. Dodatkowo ciągłe „błogosławieństwa” i rozmowy z Bogiem bardziej mnie nudziły i irytowały, niż ciekawiły. Może to i miało jakiś głębszy sens, ale było tego przynajmniej dla mnie zwyczajnie za dużo. Więcej się nie mam o co przyczepić, wręcz przeciwnie playlista na końcu uwiodła moje serce.

Kończąc, napiszę że warto sięgnąć po tę pozycję z racji, iż w dziwny sposób przywraca wiarę w ludzi i w dobro. Sama nie wiem dlaczego, skoro to tylko książka, ale tak jest. Jeżeli wciągnie Was od pierwszej strony to nie pożałujecie, ale jeżeli na początku będzie Was nudzić, to myślę, że warto jednak się przemęczyć do tej 300 strony i zobaczyć wtedy. Czy będziecie czytać dalej, czy też nie.
Na Kim Holden spojrzeć jednak można.

„Czytanie jest ucieczką od prawdziwego świata. Wszyscy go czasem potrzebują, by pozostać przy zdrowych zmysłach.”

3 komentarze:

  1. Uwielbiam Kim Holden i jej książki <3 Wszystkie są wyjątkowe :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze wiesz, że Kim Holden uwielbiam a Tobie bardzo polecam "Gusa" i "Franco" :) Książki te są idealnym dopełnieniem "Promyczka". Tylko pamiętaj, że Franco jest mój :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Caly czas sie przymierzam i w weekend musze zajrzec
    Pozdrawiam
    Anna Ka

    OdpowiedzUsuń