Zmienić bieg wydarzeń.
Pamiętacie „Tkającą Wiatr” od Julie Johnson? Wydawnictwo Zysk i s-ka niedawno wydało drugi tom o tytule „Tkający Fale”. Czy autorka przełamała klątwę drugiego tomu i kontynuacja historii Rhyi nadal wciąga?
Rhya Fleetwood ma dość bycia pionkiem w cudzych rozgrywkach. Po krwawej bitwie podczas święta Fyremas straciła przyjacół i swój nowy dom. Dziewczyna boi się, że straci też Penna.
Ten zaś pochłonięty jest odbudową swojego królestwa i nienasyconą żądzą zemsty.
Tymczasem ścieżka prowadzi Rhyę do Dworu Wody, gdzie spotyka Sorena.
Z biegiem czasu, spędzanego w Dworze Wody, dziewczynę zaczyna łączyć coraz głębsza więź z właśnie z królem Sorenem, który też jest Reliktem. Im więcej Rhya dowiaduje się od niego o mocy, która ich spaja, tym więcej wątpliwości zaczyna mieć co do swojej przyszłości, własnych pragnień i roli, jaką przyjdzie jej odegrać w nadchodzącej wojnie.
Rhys jest rozdarta między ogniem i wodą. Między królem, którym złamał jej serce, a królem, który rozumie drzemiącą w niej siłę.
Tkająca Wiatr musi szczególnie uważać, ponieważ może stracić znacznie więcej, niż tylko serce.
„Tkający Fale” to świetna kontynuacja „Tkającej Wiatr”. Jak siadłam do tej pozycji to wiedziałam, że nie oderwę się dopóki nie skończę i tak właśnie się stało. A pozycja liczy sobie ponad pięćset stron, więc trochę tyłek potem bolał po takiej posiadówce z lekturą. Niemniej jednak warto było i zrobiłabym to ponownie. A raczej zrobię, z trzecim tomem.
W końcu skupiamy się na Sorenie, który już przy pierwszym tomie zwrócił moją uwagę. Sorenie, który nadal jest tajemniczy, ale też zaczyna być namiętny. I nie było najmniejszych szans na to, że Rhya mu się oprze.
Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto czytał i stwierdził, że NIE czeka na sceny z Sorenem.
Ja nie rzucam.
Akcji na początku jest mało. Poznajemy nowe miejsce, nowe osoby. Razem z Rhyą przyzwyczajamy się do Dworu Wodyi panujących tam zasad, a przy okazji mamy kilka drobnych robót do zrobienia. No i zbliżamy się do Sorena, ale to tym już pisałam. Dopiero później zaczyna się akcją, a kiedy to następuję zaczynamy biec. I ten bieg trwa do samego końca książki.
A ten koniec... brutalny cliffhanger, który nakazuje sięgnięcie po trzeci tom.
Natychmiastowo.
Julie Johnson napisała kawał dobrej historii, w której mamy elementy fantastyki, żywiołów, romansu i nawet zazdrości. Wszystko to mieli się tutaj między sobą, co sprawia, że historia nie pozwala się od niej oderwać. A zakończenie wywołuje spazmy i potrzebę sięgnięcia po kolejną część.
„Tkający Fale” to wyśmienita kontynuacja. Otrzymałam w tej pozycji wszystko, czego oczekiwałam i czego potrzebowałam. I nie, nie chodzi o Sorena (może trochę). Trzecia część, która już jest za granicą przeskoczyła w moim TBR na pierwsze miejsce, zatem jak tylko skończę książki, które aktualnie czytam na pewno sięgnę po „The Realm Reaper”, aby jak najszybciej dowiedzieć się co dalej z Rhyą i jej historią (i Sorenem).
Jeżeli szukacie dobrej fantastyki, w której są elementy romansu to obie te pozycje powinny znaleźć się na waszych listach do czytania. I oby wydawnictwo Zysk i s-ka szybko wydało trzeci tom, bo przepięknie będzie się ta trylogia prezentować na półce w całości.
