"Romans po brytyjsku" - Vi Keeland & Penelope Ward




Vi Keeland wraz z Penelope Ward stanowią duet nie do pokonania, jeżeli chodzi o pisanie książek wspólnie. Niech tak zostanie na zawsze.

Bridget Valentine jest pielęgniarką w szpitalu. Podczas pobytu nad jeziorem razem z synem haczyk od wędki wbija się jej w cztery litery, tak o tą część ciała chodzi. Kobieta jedzie do swojego miejsca pracy, a tam zmuszona jest pokazać swój tyłek przystojnemu, czarującemu, blondwłosemu lekarzowi o imieniu Simon. Oczywiście podczas wizyty nie brakuje lekkich, aczkolwiek humorystycznych złośliwości, gdyż jakby tego było mało Bridget ma dość żenujące majtki. 
Końcem końców wszystko dobrze się układa i kobieta z plastrem na pupie wraca do domu.
Trzy miesiące później Bridget mieszkająca z synem w średniej wielkości domku, na obrzeżach miasta postanawia pomóc koleżance i przygarnia do domu, do wolnego pokoju jej przyjaciela. 
Zgadnijcie, kto nim jest?
Oczywiście doktor Simon Hogue. 
Tym razem zastaje dziewczynę zemdloną i nagą przy wannie, przez co cała ich znajomość wydaje się być jeszcze bardziej krępująca. Dla Bridget, gdyż Simonowi to wcale nie przeszkadza.
Zaczynają ze sobą normalnie rozmawiać, otwierać się na siebie i opowiadać o swoim dotychczasowym życiu, co zbliża ich i buduje mocną przyjaźń między dwojgiem bohaterów.

Z dnia na dzień przyjaźń zaczyna zmieniać się w głębsze uczucie, a Simon wkracza do życia i serca Bridget oraz Brendana – jej syna. 
Wszystko zaczyna się układać, dopóki prawda o nagłej śmierci w wypadku samochodowym męża pielęgniarki nie wychodzi na wierzch, a Ben okazuje się nie być takim świętym, za jakiego jego żona go miała. 

Po przeczytaniu paru książek i Ward i Keeland wiedziałam, że nie będę się tutaj nudzić, nie sądziłam jednak, że niepozorna pozycja sprawi, iż zakocham się w tych autorkach jeszcze bardziej. 
„Romans po brytyjsku” to świetna lektura, która wciąga od pierwszej strony i kradnie cały dzień, aż do ostatniego słowa. Podczas całej lektury zauważyłam i styl Vi i Penelope. Oddzielnie obie autorki piszą naprawdę przyjemne dla oka i duszy książki, ale razem dzięki połączeniu ich piór powstają małe arcydzieła, które zwalają z nóg.

Simon skradł mi serce swoim chłopięcym zachowaniem, które w połączeniu z iście męskim wyglądem sprawia, iż jest to facet idealny dla każdej kobiety w życiu i książkowym i prawdziwym. 
Bridget będąc kobietą starszą od niego o cztery lata oraz mając ze sobą bagaż życiowy na początku była wycofana, nie chciała się angażować, mimo że blondwłosy doktor przyciągał jej uwagę i kusił, aby mu się poddała. Pielęgniarka Valentine była jednak nieugięta.
Do czasu. 
Simon, bowiem zamiast starać się o matkę, najpierw zaskarbił sobie przyjaźń jej syna, a potem dopiero dobrał się do bielizny mamy Brendana.

Historia Simona i Bridget jest taka sama, jaką pokazują nam wszystkie inne książki tego gatunku, ale jednocześnie jest różna od tego co znamy. Mamy tutaj spokojną akcję, która czasami przyspiesza, a kiedy Czytelnik już wie, że dalej wszystko będzie dobrze pojawia się bomba, która zwala z nóg i sprawia, że zamiast odłożyć lekturę na następny dzień czyta się dalej. Uwierzcie mi, zostałam zaskoczona tym co się wydarzyło na końcu, bo kompletnie nie spodziewałam się, że autorki jeszcze wymyśliły takie rozegranie fabuły. Duży plus za wywołanie szoku w mojej osobie!

„Romans po brytyjsku” to książka, na którą czekam w polskiej wersji językowej, bez zmiany okładki. Model będący na zdjęciu jest Simonem ze środka i nie ma opcji, żeby coś innego mogłoby go zastąpić. W sumie to nawet poważnie zastanawiam się, czy nie zainwestować w angielską wersję tej pozycji, bo jest naprawdę warta uwagi. 

Vi Keeland oraz Penelope Ward po raz kolejny nie zawiodły. Piszą świetne książki i należą im się za to owacje na stojąco. Ich lektury są idealnym umileniem wieczoru po bardzo męczącym, bądź i niemęczącym dniu. Usiądźcie wygodnie i po prostu otwórzcie czytnik, bądź tę książkę, a potem zatraćcie się w świecie szpitala, Bridget i boskiego Simona.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu EditioRed.

Po drugiej stronie okładki

5 komentarzy:

  1. Skoro obie autorki już się pojawiły w Polsce, to może ich jako duet też się doczekamy. Przyznam, że czytałam wiele dobre o książkach, które piszą razem i myślę, że kwestią czasu jest, aż zobaczymy je na naszym rynku. Co do historii - jak najbardziej takie lubię, więc chętnie bym przeczytała :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczyno, jak Ty kusisz tymi książkami zagranicznymi, weeźź mi tego nie rób! :D

    Pozdrawiam serdecznie ♥♥
    Nie oceniam po okładkach

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę kusić! Chcę, żeby ludzie zaczeli czytać po angielsku!

    OdpowiedzUsuń
  4. Niedawno zaopatrzyłam się w ebooka i nie ma zmiłuj po takiej recenzji, muszę jak najszybciej przeczytać!
    Miło było mi do Ciebie wpaść, z chęcią zostaję na dłużej ! :)
    Czekam na kolejne recenzje angielskich tytułów!

    Pozdrawiam,
    www.ksiazkowapasja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy książkę napisały jednej z najlepszych autorek gatunku to po prostu niemożliwe żeby była ona zła. A do tego ta okładka... Uffff mam nadzieję, że zostanie ona wydana w Polsce z oryginalną okładką :)

    OdpowiedzUsuń