Pages

środa, 17 kwietnia 2024

„Kiedy słońce nie wschodzi” - Aly Martinez


The Darkest Sunrise.

Aly Martinez na stałe wpisała się w polskie wydawnictwa. Po cyklu „On the Ropes”, który podbił serca polskich czytelników, wydawnictwo Niezwykłe wraca z „Kiedy słońce nie wschodzi”, pierwszą częścią trylogii „The Darkest Sunrise”. Czy i ta historia warta jest sprawdzenia?

Doktor Charlotte Mills przeżyła niewyobrażalną tragedią, która zatrzymała ją w czasie na dziesięć lat. Wydaje się, że nic i nikt nie będzie w stanie wyrwać jej z objęć ciemności po śmierci dziecka. Kobieta zrobi wszystko, aby wspomnienia o jej synu nigdy nie powróciły. Posuwa się do tego, że unika spotkań ze znajomymi, którzy mają potomstwo i unika leczenia dzieci.
Jednak pewnego dnia na jej drodze staje Porter Reese, mężczyzna z równie wielkim bagażem złych doświadczeń, co Mills. W przeciwieństwie do niej, Reese żyje nadzieją i zrobi wszystko, aby kobieta zgodziła się pomóc jego synowi. Nie ma jednak pojęcia, jak trudne to będzie, bo dla niej oznacza to powrót do najczarniejszych momentów, jakie przeżyła.

„Kiedy słońce nie wschodzi” to pełna emocji historia, która budzi wiele bólu podczas lektury, a na twarzy mamy wypisaną całą gamę emocji. Ale czy spodziewaliśmy się czegoś innego po Aly Martinez? Chyba nie.

Momentami „Kiedy słońce nie wschodzi” było dla mnie zbyt płaczliwe. Wiadomym jest fakt, że póki człowiek czegoś sam nie przeżyje, to nie ma szans, że wie co to znaczy, ale tutaj Mills przechodziła z unikania wspomnień, do użalania się nad sobą. W jakiś sposób zaburzało mi to odbiór całości.

Pierwsza połowa tej historii jest męcząca, głównie ze względu na wszechobecny smutek, jaki otacza Mills, a przy okazji i nas. Żal i rozpacz wylewa się ze stron książki, co sprawia, że można poczuć się zdołowanym. W drugiej połowie jest już nieco lepiej, szczególnie kiedy Porterowi udaje się przejść przez wszystkie mury Mills i wyciągać ją kawałek po kawałeczku z bańki ciemności.
Swoją drogą, mam wrażenie, że druga część jest o wiele lepsza, niż pierwsza.

Do „Kiedy słońce nie wschodzi” mam mieszane uczucia. Tak, jak pisałam wyżej nikt nie wie, co znaczy utrata dziecka, jeżeli tego nie przeżył. Niemniej jednak tutaj rozdrapywanie ran i użalanie się nad sobą weszło na zupełnie nowy poziom. To głównie przez to, ta pozycja mocno mnie zmęczyła. Dopiero po połowie poczułam się wciągnięta w tę opowieść i chciało mi się ją czytać, aż do samego końca. Czy sięgnę po drugą część? Nie wiem. Może kiedyś. Nie jest to pozycja, którą muszę kończyć już zaraz. Może po dłuższej przerwie od tej historii, lektura drugiego tomu całkowicie zmieni moją opinię o pierwszej część?