„Współlokatorzy” - Beth O'Leary



Znacie swoich sąsiadów? 


Beth O'Leary weszła na rynek z przytupem. Za granicą jej „Flatshare” okazało się książkowym hitem, a w Polsce wydawnictwo Albatros szybko podłapało temat i także wydało nam tę pozycję, pod tytułem „Współlokatorzy”. Czy i u nas ta historia będzie bestsellerem?

Tiffany po zerwaniu ze swoim chłopakiem nie mając się gdzie podziać, dalej u niego mieszkała. Justinowi nie przeszkadzała jej obecność, jednak pewnego dnia miarka się przebrała i Tiff widząc nową dziewczynę swojego byłego chłopaka postanowiła zmienić mieszkanie. 
Jako korektorka książek o DIY i szydełkowaniu nie zarabiała milionów, musiała znaleźć coś taniego i w miarę przystępnego. Coś, gdzie można było żyć, bez uganiania się za robakami. 
Każda kolejna oferta była coraz gorsza, aż załamana dziewczyna znalazłam tą jedyną. 
Był w niej jednak pewien haczyk.
Musiała dzielić łóżko z obcym mężczyzną, któremu będzie płacić za wynajem.
Po wnikliwej analizie okazało się, że Tiffy nie będzie wchodzić w drogę Leonowi, gdyż oboje pracują w innych godzinach i w łóżku zawsze będą spać sami. 
Kiedy umowa została podpisana Leon wracając pewnego dnia do swojego mieszkania, zobaczył stosy gratów, które nierzadko przypomniały kolorowe, rajskie ptaki. Mężczyzna przytłoczony tym widokiem przez długi czas nic z nim nie robił, aż zdecydował, że trzeba zasugerować nowej współlokatorce, aby trochę poukładała i usunęła swoje rzeczy. 
Zaczęło się od krótkiego liściku z ciastem od Tiffy, który zostawiła Leonowi w kuchni. 
Z jednej małej karteczki ich konwersacja przerodziła się w opowiadanie, które był napisane właśnie na małych kawałkach papieru. 
W końcu jednak przyszedł czas pierwszego spotkania między tą dwójką. 
Czy Leon i Tiffany stojąc twarzą w twarz będą potrafili odnaleźć się w rozmowie, którą prowadzą przez karteczki?

Co, jak co, ale nie można odmówić Beth O'Leary pomysłu na fabułę. 
Autorka wiedziała jak chce napisać swoją książkę i napisała ją niemalże idealnie.
Problem w tym, że niektóre momenty dla mnie były rozwleczone, albo zwyczajnie niepotrzebne. 
Jednak nie jest to wielka ujma i śmiało mogę stwierdzić, że „Współlokatorzy” to książka idealna na wakacje do przeczytania przy słońcu i szumiącej obok wodzie. 

Historia Leona i Tiffy to nie tylko rozmowy na karteczkach, w których oboje opowiadają o swoich problemach i wydarzeniach z dnia. To także opowieść o wsparciu obcego człowieka, które może być większe, niż to od rodziny. I Leon, i Tiffany walczą w życiu o swoje. Chłopak chce wyjąć brata z więzienia, który został tam niesprawiedliwie umieszczony, a Tiffany chce odnaleźć prawdę o swoim poprzednim związku, który miała Justinem. Dopiero pisząc o swoich problemach do drugiego człowieka oboje zaczynają rozumieć, że wszystko co dotąd wiedzieli było zwykłym kłamstwem. 

„Współlokatorzy” to książka, która zabierze nas w ciekawą historię pełną śmiechu i nieporozumień, które ciężko rozwiązać. Pokaże nam poświęcenie, chęć pomocy innym ludziom i szukanie prawdy, która jest niemalże na wierzchu. To świetna książka na lekkie czytanie. Przy „Współlokatorach” pośpiech nie jest wskazany. Polecam!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu



Po drugiej stronie okładki

3 komentarze:

  1. Wiele już słyszałam o tej książce ale po twojej recenzji mam wielką ochotę ja przeczytać niebawem 😀
    Pozdrawiam
    www.wspolczesnabiblioteka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam niedawno Współlokatorów i zakochałam się w tej książce, jest przezabawna ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, to zdecydowanie nie moje klimaty :D

    OdpowiedzUsuń