Przymierzałam się do tej książki juz jakiś czas temu, a
mając ją na czytniku i widząc jej okładke, w końcu na chwilowym wolnym od
książek papierowych wzięłam się za najnowszą propozycję Mii Asher „Love me in the dark”.
I wiecie co? Bardzo chciałabym mieć ja na półce.
Valentinie wydwało się, że poślubienie Williama jest darem losu. 12 lat
małżeństwa jednak zostało zaprzepaszczone jednym wybrykiem Williama w
ich rocznicę. Kobieta jednak postanowiła wybaczyć swojemu wybrankowi i być z
nim dalej. On zaś obiecując, że to się więcej nie powtórzy oraz chcąc odzyskać
zaufanie żony wynajął apartament w Paryżu i zaplanował wakacje. Wakacje, które
mają skleić ich związek ponownie.
Jednak praca nie pozwala Williamowi pojechać razem z Valentine do miasta
miłości. Kobieta nie odpuszcza i postanawia sama spędzić czas w
Paryżu... okazuje się, że sąsiad w apartamentowcu, w którym Val się zatrzymała
ma inne plany wobec niej.
Niewinne spotkania prowadzą do wzburzonego uczucia, z którym Valentina musi się
zmierzyć, myśląc ciągle o mężu.
William też nie jest święty, a pod nieobecność żony potrafi pokazać swoje
najgorsze oblicze.
Strasznie, ale to strasznie podobała mi się ta książka! Muszę Was ostrzec, że
teraz będą same „ochy” i „achy” na jej temat.
Niepozornie zaczynająca się opowieść, zmieniła się we wciągającą historię,
którą przeżywałam emocjonalnie do tego stopnia, że fragmentami miałam ochotę
wyrzucić czytnik za burtę i zapomnieć o tej książce.
Poważnie, wszystko przez to, że Mia Asher działa na serducho. Działa i to bardzo.
„My body is here. It appears whole. But there’s
nothing inside. She took it all with her when she left.
The air in my lungs…
The beating of my heart…”
Bohaterowie mają problemy,a ich myśli, które możemy przeczytać nie należą do
najłatwiejszych. Autorka postawiła przed nimi decyzje, które wymagają
poświęcenia i podejmowania po dogłębnym przemyśleniu. Nic tutaj nie jest proste
poza miłością oraz szczęściem, jakie Valentina poczuła bedąc w Paryżu. Już
czytając sam początek zaczęłam czuć współczucie i smutek, aby przemieniło się
to w radość, a następnie w żywą wściekłość (zastanawiam się, czy to tylko ja reaguję
na krzywdę bohaterów tak emocjonalnie. Też tak macie?).
Pozycja warta przeczytania i wbrew temu co napisałam, można się przy niej
zrelaksować. Czyta się przyjemnie i szybko, a język angielski nie jest tutaj
problemem, gdyż komuś kto normalnie
próbuje swoich sił w obcojęzycznych książkach podstwowe słownictwo jest raczej
znane. Męczyć mogą francuskie wstawki, które o dziwo nie zostały przetłumaczone,
ale od czego jest tłumacz? Chociaż jak mam być szczera to można się domyślić o
co chodzi, no i z drugiej strony nie ma ich aż tak dużo, żeby to było
kłopotliwe.
W „Love me in the dark”
przykłuwająca oko okładka, łączy się z interesującym wnętrzem stuprocentowo.
Gwarantuję Wam, że nie będziecie żałować.
PS. Grafika poniżej wyszperana w internetach.