Pages

środa, 29 kwietnia 2026

„Throne of Power” - Rina Kent


Władza.

„Throne Duet” to kolejna dylogia od Riny Kent z bohaterami, których poniekąd mieliśmy okazję już poznać. Zasadniczo wszystkie książki tej autorki zazębiają się ze sobą i ciągle możemy spotkać bohaterów, którzy gdzieś już się wcześniej przewinęli. Czyli historia Rai i Kyle'a warta jest sięgnięcia?

Rai Sokolov jest wnuczką poprzedniego Pakhana. Jest też dyrektorem wykonawczym w V corp. Wie czego chce od życia, wie jak to zdobyć i nie liczy się z opinią i zdaniem innych. Jest konsekwentna w swoich działaniach, pewna siebie i odważna. Jednak, kiedyś było nieco inaczej. Została zraniona przez mężczyznę, który zniknął bez słowa na siedem lat, aby teraz wrócić.
Kyle Hunter jest jednym z lepszych zabójców w Bratvie. A przy okazji jest tez aroganckim dupkiem, który pragnie zdobyć tron, należący do Sokolov. W mafii, jak to w mafii kobieta jest tylko ozdobą dla swojego męża. Nic bardziej mylnego. Rai nie zamierza być tylko ozdobą. Zgłasza się na zostanie żoną Kyle'a, nawet pamiętając to, jak ją zostawił.
Ich ślub jest jednym z najkrwawszych w Bratvie, ale idealnie opisuje to, jakim małżeństwem będą.

„Throne of Power” to pierwszy tom dylogii „Throne Duet”. Książka lepsza, niż „All the Lies”, jednak dalej nie wybitna. Niemniej jednak to właśnie tutaj, Kent napisała naprawdę dobrze główną bohaterkę i to Rai skradła całe show tej książce.

Rai Sokolov jest silną bohaterką. Patrząc na nią i na jej siostrę (wycieraczkę) Reinę, można się zacząć zastanawiać czy one, aby na pewno są z jednej matki. Kent miała chyba lepszy humor pisząc tę dylogię. Zresztą nie tylko przy postaci Rai to widać. Tutaj nawet fabuła klei się do siebie i można czytać tę książkę z przyjemnością.

Chociaż nadal jest to krótka pozycja, raptem na dwie-trzy godzinki. Nie wiem czemu Kent upodobała sobie duety, ale mam wrażenie, że nie do końca potrafi je pisać. Gdzieś w tym wszystkim gubi umiar między fabułą, a zbliżeniami bohaterów. Tutaj seksu jest sporo, jak na objętość książki. Czy mi to przeszkadza? W sumie nie, ale w pewnym momencie poczułam nudę czytając kolejny raz, jak bohaterowie się bzykają. Tym bardziej, że nie ma tutaj jakiś większych zmian w zbliżeniach. Są na tym świecie książki, gdzie seks jest co dwa rozdziały, ale za każdym razem jest on zupełnie inny od poprzedniego. Tutaj było ciągle to samo.

Kyle to... dziwna postać. Polubiłam go, jako bohatera, ale zasadniczo był mi też trochę obojętny. Jakby zamiast niego wstawić innego bohatera to raczej, nawet bym nie zauważyła różnicy. Niemniej jednak autorka całkiem dobrze poprowadziła walkę i potyczki między Rai, a Kyle'm. Czuć tę nienawiść przeplataną z miłością między nimi. Czuć że chcą od siebie ucieć, ale nie potrafią bez siebie żyć. Tutaj to wyszło naprawdę dobrze.

Książki Riny Kent są do siebie bardzo podobne. Jak zaczniecie czytać je trochę dokładniej, to szybko zauważycie schemat, na jakim autorka bazuje pisząc swoje powieści. Z tym, że nie każda na tym schemacie jest dobrze rozwinięta. Podejrzewam, że gdyby ktoś chciał przeczytać „całą Kent” na jeden raz, to gdzieś na piątej książce by zrezygnował. Ileż razy można czytać to samo, tylko z innymi bohaterami?

Mamy tutaj też stare dobre postaci z „Lies and Truths Duet”, czyli Ashera i Reinę. Co ciekawe, zachowanie Ashera wobec jego żony diametralnie się tu zmieniło. Nie traktuje jej, jak wycieraczki, chociaż teraz to już trochę za późno na zmiany.

„Throne of Power” to książką, którą można przeczytać i dobrze się bawić. Nie jest to lektura wybitna, którą chciałabym pamiętać. Kolejny raz po nią nie sięgnę, bo mam na swojej liście lepsze pozycje do przeczytania, ale tutaj nie było tak źle, jak w „All the Lies”. I tak, jeżeli zapytacie mnie czy czytałam kolejny tom z tej dylogii to odpowiem Wam, że czytałam, ale o tym innym razem.