czwartek, 10 sierpnia 2017

„ Wojna stłumi tę radość stanowczo zbyt szybko.”


Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

Zanim zacznę… mam takie pytanie do Tych, którzy przeczytali, chociaż jedną książkę z uniwersum STAR WARS. 
Czy Wy też macie tak, że jak zaczynacie czytać ten krótki fragment tekstu zanim zacznie się prawdziwa lektura to w głowie włącza Wam się gwiaździsty ekran i żółte napisy z muzyczką w tle?
Czy to tylko ja jestem tak bardzo chora na głowę?

Leia Organa, senator populistów oraz księżniczka zmiecionego przez Gwiazdę Śmierci Alderaanu, zajmuje się polityką Nowej Republiki, tak jak robiła to przez całe swoje życie. Senat zajęty rzucaniem mięsem między sobą, nie zauważa naprawdę ważnych problemów, jakie dzieją się w galaktyce. Leia jednak wprawnym okiem dostrzega je i co więcej wykazuje chęć wyjaśnienia oraz pomocy. Oczywiście partia przeciwna, czyli centryści nie mogą pozwolić, aby od nich nikt nie udał się z nią w podróż. Chętny do współpracy zgłasza się Ransolm Casterfo. Razem udają się na planetę Bastatha, aby dowiedzieć się czegokolwiek o Rinnrivin Di – szefie przemytniczego świata, który bardzo dobrze się kryje za maską biznesmena. 
W międzyczasie, kiedy ta dwójka pracuje nad tą sprawą w senacie wychodzą z propozycją stworzenia Urzędu Pierwszego Senatora, który miałby być głową całego Senatu i podejmować ostateczne decyzje. Z ramienia populistów oczywiście zostaje do tego wytypowana Leia, która jak wiadomo ma na swoim koncie dużo zasług. 
Wszystko jednak idzie w łeb, kiedy świeżo, co poznany sojusznik nagle okazuje się być prawdziwym wrogiem.

„- Bo przejrzałem na oczy i dostrzegłem, że mój wróg w rzeczywistości wcale nie jest moim wrogiem, tylko prawdziwym sojusznikiem. A teraz przekonałem się też na własnej skórze, że moi tak zwani sojusznicy okazali się moimi przeciwnikami.”

Książka opowiada o wydarzeniach dziejących się 6 lat przed „Przebudzeniem Mocy”. Od samego początku wrzuca nas w wir polityki. Możemy od środka zobaczyć skorumpowany system oraz dwie przekrzykujące się partie. Myślałam, że mnie to przerośnie, bo w sumie polityka to rzecz, którą się kompletnie nie interesuje, ale Claudia Gray pokierowała tak fabuła, że mimo dużej - nie ukrywajmy tego polityczności książkę da się czytać z wielką przyjemnością. 
Warto dodać, że Leia nie jest jedyną postacią w tej pozycji, bo pojawia się także znany nam Han Solo, który tutaj jest już mężem księżniczki i zajmuje się wyścigami. Są tez wzmianki o Benie, które poznaliśmy przy okazji „Przebudzenia Mocy”. I podobnie jak w filmie nikt nie wie gdzie jest Luke, bliźniak Lei. 

To zazębianie się między sobą wątków książki i filmu w małych niuansach wyszło rewelacyjnie. Szczególnie, że książka dużą uwagę skupia na sytuacji politycznej Galaktyki oraz załodze Lei jak i jej własnym przemyśleniom, które dotyczą tego, co się wokół niej dzieje. 
Tym sposobem, z jednej strony mamy życie Lei, jako senator, która podejmuje się niebezpiecznej misji rozgryzienia światka przemytniczego, z drugiej zaś mamy okazję czytać rozmowy z Hanem, gdzie czuć między nimi miłość, mimo tego, że ciągle są w rozjazdach, oddzielnie od siebie, zajęci pracą. 

Jeżeli szukacie tutaj latających X-wingów z TIE Fighterami to tego nie znajdziecie. Nie jest to pozycja, w której dzieją się takie akcje. Skupia się bardziej na pokazaniu machania „kwitami” i manipulowaniu innymi, ku własnym interesom, aby osiągnąć cel. 
Czy dobry? 
Hm… zależy czy jesteś populistą czy centrystą.

„- Oczyma duszy widzę go w imperialnym mundurze – mruknęła Leia.”

„Więzy krwi” to doskonałe uzupełnienie do „Przebudzenia Mocy”. Dowiemy się, co działo się w Galaktyce przed wydarzeniami z filmu, jak też poznamy senat od podstaw. Książka rozjaśni nam wątki, które zostały zawarte w filmie, a niekoniecznie są wytłumaczone. 
Ciekawe wątki poboczne oraz problemy postaci będących częścią lektury są wciągającym wątkiem oraz przyjemnie odrywającym od polityczności tej pozycji. 

Dla fana uniwersum STAR WARS jest to pozycja obowiązkowa, zaś dla tych, którzy swoją przygodę ze światem George’a Lucas’a chcą rozpocząć polecam najpierw obejrzeć filmy, a potem czytać. Warto zwrócić uwagę na wątki w „Przebudzeniu Mocy”, które są niezrozumiałe, a dopiero potem przeczytać tę pozycję i wszystko sobie wyjaśnić.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Uroboros.

4 komentarze:

  1. Czyli wychodzi, że najpierw powinnam nadrobić zaległości filmowe zanim wezmę się za czytanie :) A już myślałam, że znowu trzeba będzie dopisać coś do mitycznej listy bez końca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko w przypadku tej ksiażki :) Reszte możesz czytać od razu i oglądać filmy jednocześnie :D

      Usuń
  2. Nie jestem wielką fanką Gwiezdnych Wojen, nigdy nie obejrzałam żadnego filmu od deski do deski. Zakładałam sobie, że po wielkim kosmicznym maratonie w końcu przeczytam upragnione książki, ale jakoś słabo idzie. Mam nadzieję, że jednak w końcu do tego dojdzie.
    Pozdrawiam // Książki w Piekle ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznam się bez bicia, iż NIGDY nie miałam z nimi do czynienia.
    Tematyka, to kompletnie nie moja bajka.
    Wpis mnie zaciekawił, więc może się skuszę na film.
    Pozdrawiam, Wiktoria.

    ipstryk26.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Po drugiej stronie okładki , Blogger