poniedziałek, 31 lipca 2017

Wypłyń pod pełnymi żaglami!


Opowiem Wam pewną historię, o wielkim piracie, który to nieświadom prawdy porwał statek i stał się centralnym punktem wojny.

Ahoj marynarze,

Jam jest Roland Wywijas i szukam chętnych do przygody na moim czarnoksięskim statku, co się zwie „ Błędny Rycerz”. Stało się tak, że chciałem od niego uciec jak tylko dowiedziałem się o tej łajbie prawdy, ale szybko wróciłem na jej pokład, aby poprowadzić swoją załogę do zwycięstwa w imię większej sprawy!
Zapytacie pewno kamraci, co to za sprawa?
Ano, wa
żna. 
Demony i Anioły walczą między sobą o panowanie, aby jedno drugich wybiło do cna i tylko jedno w tym niematerialnym świecie istniało. Jest jednak miejsce, które zwie się Wysypy Rozpustne, gdzie i jedni i drudzy stają się prawdziwi jak my - ludzie i możemy ich zabić z łatwością zgniecenia butem karalucha, które po statkach grasują.
Przez d
łuższy czas miałem okazję posiadać na pokładzie w zaklętym sarkofagu królową Demonów – Raun, która wiele razy odwiedzała mnie w nocy, aby zaznać rozkoszy i dać mi się wychędożyć. W końcu nawet kapitan wielkiego galeonu musi sobie czasem pociumciać.

Sprawa się jednak rypła jak to porwali mi moją dziewoję, której lica nie zobaczyłem i postanowiłem ją wtedy bezpiecznie przywalić kamulcami, aby nikt nigdy już jej nie odnalazł oraz aby ona sama nie mogła się uwolnić. I nie, nie myślcie, że jestem po stronie Aniołów. Nie jestem moje szczury lądowe.
Mam z nimi spraw
ę do rozwiązania i obietnicę, przez nich daną, żeby klątwę ze mnie zdjęli, bom dziwoląg z mackami ośmiornicy na plecach, a dom rodzinny i wielkie włości odzyskać muszę.

Zatem bracia moi, siostry moje, kto
żyw i chętny sakiewkę swą powiększyć o znaczną sumę za pomoc, przyjdźcie do portu pojutrze i czekajcie przed trapem. Kto szmatę trzymać potrafi, aby mosiądze wyglancować, kto ręce sprawne ma, aby żagle rozwijać i zwijać na wysokościach masztów zapraszam na pokład „Błędnego Rycerza”. Wiem, że bez Was nie dam rady, a z Wami rozprawimy się z zadaniem sprawnie i szybko, a potem będziecie mogli pławić się w luksusach na słonecznych wyspach i więcej mojej mordy nie ujrzycie.

Marcin Mortka jak zawsze w formie! Brałam tę pozycję w ciemno, bo po przeczytaniu jego poprzednich książek wiedziałam, że będzie to świetna lektura. 
No i się nie myliłam.

„Jeśli jakiś sukinsyn nienawidzi ci bez powodu, daj mu powód.”

Historia kapitana Rolanda, na którym ciąży klątwa jest przygodą w iście marynarskim stylu. Jako, że sama jestem w tych klimatach, na co dzień, to nie obce mi były typowe marynistyczne zwroty, szczególnie, że w „Morzach Wszetecznych” nie mamy nowoczesnych statków, tylko klasyczne, pełne gracji żaglowce. Nasz bohater, wraz z szaloną załogą, z których większość jest dość specyficzna wypływa na morza i oceany, aby wypełnić daną mu misję i postawić się po jednej ze stron. I jedni i drudzy obiecują cuda za tak szanowanego wspólnika, jednak Rolandowi chodzi po głowie tylko jedna sprawa, która da mu dalszą stagnację i przyszłość. 

Książka jest niesamowicie wciągająca, dająca całe morze śmiechu już od pierwszej strony i utrzymana w klasycznych tonach morskiej fantastyki, czyli to, co lubię najbardziej. 
Nie ukrywam, że Czytelnik nieznający się na terminach morskich będzie miał nie lada problem ze zrozumieniem niektórych słów, bądź zdań, z racji, iż są one napisane typowo marynarsko. Jest to jednak mała cena za możliwość przeczytania tak fantastycznej lektury. 
Bohaterowie są soczyści (nie zrozumcie mnie źle), barwni i wyrysowani z wielkim artyzmem i pasją. Każdy z nich jest różnorodny, żyjący w swoim własnym świecie i mam wrażenie, że w rzeczywistości żaden z nich nie potrafiłby się z drugim dogadać jednak w książce, są oni prawdziwymi przyjaciółmi, którzy pójdą za sobą w ogień. 

Kapitan Roland wróci w drugim tomie, który nosi tytuł „Wyspy Plugawe” i który czeka już na półce, aby po niego sięgnąć. Ja zaś, z wielką chęcią chcę Wam polecić pierwszą część historii o pirackim kapitanie, która wciągnie was w morski świat do tego stopnia, że nie będziecie potrzebowali wchodzić do wody, aby się schłodzić po opalaniu na plaży, bo będziecie ciągle czuć słony posmak morza w ustach oraz wilgoć na skórze od bryzy morskiej. Efekt działania książki murowany!

„Obawiam się, chłopaki, że wszystkich nas popierdoliło. Dokumentnie. - Roland pokręcił głową. - Julia, trzymasz pokład. Mandragora, znajdź wszystkich eunuchów, sodomitów i tych, co już nie mogą, a potem utwórz z nich warty. Jak się poniesie, że obok lazaretu można dupczyć na mchu, chłopaki zaczną się języków obcych uczyć.”


Za możliwość przeżycia morskiej przygody z Rolandem i egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uroboros

PS. Błędy gramatyczne popełnione specjalnie.

3 komentarze:

  1. Fenomenalna okładka ;) co prawda żeglarska terminologia jest mi obca jednak chociażby ze względu na sama postać autora napewno sie skuszę by przeczytać.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach... drugiego tomu okładka jest jeszcze lepsza! <3 Pod okładką zaś kryje się świetna, wciągająca historia!

      Usuń
  2. Wstyd się przyznać, ale Marcina Mortki nie czytałam jeszcze nic, a ponieważ pochodzę z Łodzi gdzie wody najwięcej to mamy w kranie i stąd terminologia marynistyczna jest dla mnie totalnie nieznana to i tak ta okładka, która jest cudna jak i historia zaciekawiła mnie bardzo i na pewno po całą serię sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Po drugiej stronie okładki , Blogger