środa, 5 lipca 2017

„ W życiu mamy prawo tylko do jednego ujęcia.”



Niepozorna z wyglądu książka, może sprawić że stracisz całą noc, aby ją przeczytać.




„Między niebem a Lou” to książka, która przyszła do mnie kiedy najmniej jej się spodziewałam. Przyszła i poleżała na stosie, a gdy już ją wzięłam do rąk... zawładneła moim sercem i duszą po pierwszym rozdziale. 


Tytułowa Lou... coż, nie będę ukrywać nie żyje. Tę informację wyczytacie w sumie z opisu samej książki, ale nie o to tutaj chodzi. Kobieta, zostawia swojemu mężowi, Josephowi misję. Misję, która ma pogodzić ich rodzinę i ocalić związek jego syna. Misję, której nagroda jest osobista, bowiem Lou zostawia po sobie butelkę z jej głosem i listami. 
Głosem, który słyszy tylko jej mąż.
Joseph stara sie zrozumieć, dlaczego jego dzieci są nieszczęśliwe i jak im pomóc, żeby spełnić testament swojej ukochanej, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. 
Mamy okazję spotkać się z wnuczkami Lou, jej dziećmi, przyjaciółmi i mężem właśnie. Poznać ich myśli, historię i uczestniczyć w rozmowach jakie prowadzą z matką, babcią oraz żoną, czy Lou, która widzi wszystko z nieba? i kręci głową na  to co dzieje się na ziemi.

„ Krople wody nie odczuwają cierpienia, stając się pianą, ziarena piasku nie czują cierpienia, rozsypując się po plaży.

Ta książka... hm skończyłam ją w nocy na wachcie i do tej pory nie mogę się po niej pozbierać. Jest dogłębna, urzekająca od skóry, przez naczynia krwionośne, układ nerwowy do samego serca. Pokazuje nam wartości, które są w życiu najważniejsze, a co więcej daje nam lekcje, że życie nie jest tak łatwe i trzeba się mocno postarać, aby posmakować prawdziwego płynnego szczęścia. Wszystko to okraszone jest północno-zachodnią Francją, bo właśnie na wyspie Groix, która przez wiele lat była osadą rybacką pełną marynarzy, więc bliską memu sercu jak wiecie. 


„Między niebem a Lou” jest to pozycja, która wchodzi idealnie wraz ze starą francuską muzyką. Uwierzcie mi, włączylam sobie Edith Piaf i przepadłam czytając tę lekturę. Wciągneła mnie w świat kultury bretońskiej i francuskiej. Rozjaśniła mój umysł i uspokoiła go jednocześnie. Powiedziała, że w końcu będzie znacznie lepiej, a gorsze chwile zdarzają się każdemu. Ta książka jest jednocześnie lekka i ciężka, nie potrafię Wam do końca tego wytłumaczyć, bo każdy powienien po nią sięgnąć i ustosunkować się osobiście do niej samej. Sądzę, że to jedna z tych pozycji, które sprawiają, że ile ludzi tyle przemyśleń na jej temat i żadne się nie powtarzają. 

„ Czasami  człowiek zamyka parasol, mimo że pada, człowiek czasem nie chce ochrony, chce zmoknąć.



Warto dać się porwać opowieści Lorraine Fouchet. Naprawdę warto. Fale, które poniosą nas w historię Josepha oraz Lou i mewy, które opowiedzą ją od początku do końca sprawią, że zapragniecie wyjechać daleko od zgiełku, od internetu i zaszyć się w małym domku przy marinie, albo w górach z winem, przy kominku i zapomnieć o wszystkim co was otacza.

To nie dzieci czy wnuki czynią nas szczęśliwymi, to miłość, którą tworzą, miłość, którą się je otacza, która nas przenika.

Dziękuję za egzemplarz do recenzji Wydawnictwu Media Rodzina.

2 komentarze:

  1. Uwielbiam te serie, jeszcze żadna pozycja mnie nie zawiodła. Na pewno sięgnę po te książkę.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooo i kupiłaś mnie tą recenzją :) Na pewno ją przeczytam, bo zapowiada się bardzo klimatyczna lektura :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Po drugiej stronie okładki , Blogger