piątek, 23 grudnia 2016

„Bez wysiłku nie ma postępu”



Trzy dni temu pisałam o Uwikłanych „Obsesja”, dziś przybywam z recenzją ostatniego tomu tej historii i jestem zmuszona przyznać, że to jest to, na co czekałam od początku!



Wracając do tamtego wpisu (KLIK) narzekałam, że druga część jest tylko przystankiem między pierwszym, a ostatnim tomem całej historii. Narzekałam, bo nic się nie działo. Było po prostu nijako. Bez wyrazu. Za to tutaj! W końcu mogę napisać, że Hudson długo się rozpędzał, ale jak już osiągnał wymaganą prędkość to nie zwiódł i wygrał. Wygrał i zdobył mnie. Zrozumiałam, dlaczego kobiety go kochają. 


„Na zawsze” jest książką, po której można się dużo spodziewać i ułożyć sobie wszystko w myślach podczas czytania, ale też uprzedzam, że moje planowanie (dawno tego nie robiłam) zostało zrujnowane. 
Związek Alyny i Hudsona wkracza na wyższy level, mieszkają razem mimo, że są ze sobą stosunkowo krótko. Jednak Celia Werner – była narzeczona Pierce’a ciągle utrudnia im życie. Tym razem, skupia się na dziewczynie Hudsona i chce ją zniszczyć. Chce, aby ta ponownie wróciła o swoich starych nawyków śledzenia, z których po ciężkim boju zdążyła się wyleczyć. 

Bohaterowie rozmawiają ze sobą, co spodobało mi się od razu, z racji że w końcu skończyli załatwiać wszystkie kłótnie i nieporozumienia łóżkiem. Mimo że ich rozmowy nie zawsze są miłe i przyjemne, ciągle powtarzają sobie, że podstawą jest zaufanie i szczerość. Tego właśnie starają się trzymać. Choć obojgu ciężko odkryć swoje najwieksze sekrety, udaje im się otworzyć na siebie wzajemnie w miarę czytania lektury i czytelnik zaczyna dochodzić do wniosku, że głowne postaci starają się zwalczyć wszystko, aby w końcu naprawdę ze sobą być. 

Wyznanie Hudsona – powiedzenie prawdy Alaynie o tym, co tak naprawdę ukrywał przez cały czas, było tak niespodziewane, że przerosło moje oczekiwania i urojone w głowie plany. Za tak pokierowaną historię Laurelin Paige powinna otrzymać medal. Jeszcze w żadnej książce nie spotkałam się z tak rozwiniętą historią oraz nagłym zwrotem akcji. 

Alayna oczarowała mnie na samym początku,  tu rozwodzić się nie będę, jednak muszę dopisać, że po tym tomie zyskała jeszcze więcej w moich oczach jako postać literacka, gdyż panna Withers pokazała jak walczyć o mężczyznę swojego życia i jak próbować pomoc mu wydostać się ze skorupy, która go otacza kiedy sprawy nie idą po jego myśli. 

Sam Hudson jak pisałam wyżej zdobył mnie. Może nie tak jak inni książkowi mężczyźni, ale jednak wybaczyłam mu to jaki był w poprzednich tomach. Wszystko co robił było prawdziwe, mimo że zamysł był całkiem inny. Pierce to porządny facet. Zasługuje na wybaczenie każdego swojego występku. 

Jak na literature erotyczną, nie zabrakło scen seksu i oczywiście chylę czoła jak zawsze za naprawdę piekne, pisane z pasją zbliżenia bohaterów. Tego właśnie oczekuję od autorów takich książek!

Uwikłani „ Na zawsze” zajeło mi trzy dni. Trzy dni kiedy nie mogłam oderwać się od książki mając nadzieję ze moje plany co do końca historii Hudsona i Alayny okażą się w końcu prawdziwe. Coż... nie wyszło. Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale nie żałuję. (będę próbować dalej!) Drugi tom mnie nie porwał, ale trzeci polecam każdemu. Szkoda, że nie można przeskoczyć z pierwszej części do trzeciej. 
Teraz zaś wybaczcie, ale właśnie idę oddać się lekturze „Uwikłanych” widzianych oczami Hudsona. Tak, dobrze myślicie. 
Zabieram się za czwarty tom! 



Laure

4 komentarze:

  1. Jestem bardzo ciekawa tej trylogii. Czytałam jedynie Hudsona i mam nadzieję, że kiedyś przeczytam pozostałe książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No trójka mnie niemożliwie wciągneła. Własnie lecę z Hudsonem i już mi sie podoba :)
      Jestem na 100 stronie.
      Polecam, aczkolwiek odnoszę dziwne wrażenie że 3 i 4 czesc są najlepsze

      Usuń
  2. 'Bohaterowie rozmawiają ze sobą' - tym zdaniem skutecznie załatwiłaś moją przygodę z całą tą serią (jeszcze przed tym, gdy w ogóle się zaczęła). Zginęłabym w boju, gdyby coś takiego jak brak dialogów, czy 'kłótnio-łóżko' zaczęło się pojawiać. Chociaż bardzo możliwe, że to książka by zginęła. Bardzo szybko za oknem...
    Szkoda, że trzecie części są zawsze najlepsze. Ból i rozpacz, gdy się czyta poprzednie jest zbyt zła i chyba trzeba z nią zrobić porządek.

    W każdym razie - super recenzja! Szkoda, że dopiero teraz udało mi się znaleźć twojego bloga!
    Pozdrowienia!
    Zapraszam na najnowszą recenzję (nie ma tu kłótnio-łóżka! :P)
    'Przeznaczenie Violet i Luke-a'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :)
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń

Copyright © 2016 Po drugiej stronie okładki , Blogger