niedziela, 23 października 2016

"Uwikłałam się w coś, co trudno było nazwać miłością"



Sięgając po tę książkę, zastanawiałam się czy aby napewno chce zaczynać kolejną serie przygód dwojga bohaterów, kiedy nie pożegnałam się z innymi książkowymi parami. Wiecie jak to jest, zaczniesz coś nowego i zapomnisz co było w poprzednich, których jeszcze nie bylo okazji skończyć.
Zaryzykowałam. 
Teraz wiem, że Hudson Pierce jeszcze kiedyś do mnie wróci ponownie.

Przyznam szczerze, że sięgnełam po „Uwikłanych” z ciekawości. Nie bylam przekonana od samego początku do Laurelin Paige, ale jakbyście mnie zapytali dlaczego... to powiedziałabym, że nie mam pojęcia. Tak po prostu było. 

Zaczełam historię Alayny i Hudsona na czysto. Nie myśląc o żadnej tego typu podobnej książce. Wciągnełam się na dłużej tą zwykłą i niezwykłą jednoczesnie miłością dwojga bohaterów. 

Alayna pracuje w night clubie, jest zwykłą dziewczyną, która właśnie obroniła tytuł MBA na uczelni w NY. Cieżką pracą w klubie chce awansować na stanowisko menagera. Jednak pewnego dnia zmienia się tam właściciel. Jest nim Hudson Pierce mężczyzna, który złoży jej niecodzienną propozycje pracy, zawróci w głowie i  sprawi, że dziewczyna zapomni o wszystkich swoich regułach jakie miała wobec płci przeciwnej.

Książka ta, jest taka sama jak wszystkie z rodzaju romansów. Mamy tutaj ambitną, inteligentną i sympatyczną dziewczynę, mającą w przeszłości zatarczki z prawem oraz iście zabójczo przystojnego mężczyznę, który twierdzi, że nie jest zdolny do miłości. Utarty stereotyp.

 Jednak zagłebiając się dalej w kartki lektury, możemy poznać nie tyle co historię jego i jej, co historię ich. Okazuje się bowiem, że związek tych dwojga nie jest prosty i oczywisty już od początku. Matka Hudsona widzi w Alaynie wroga numer jeden i czeka na okazję, kiedy będzie mogła ją zrobić jej przytyk, gdyż ma swoją wybrankę na żonę dla jej syna. Ciężko tu mówić o miłości od pierwszego wejrzenia, bliżej jest do pożądania pomiędzy tym dwojgiem. 

Narracja prowadzona z punktu widzenia Alayny pokazuje jej myśli rojące się w głowie oraz odczucia wobec Hudsona. Autorka pisze lekko i przyjemnie,  momentami można poczuć agresywność i pazur. Rozpędza akcje i historię powoli, a sceny seksu są opisane realistycznie i sprawiają, że człowiek zaczyna szybciej czytać w zniecierpliweniu i oczekiwaniu. Lektura wciąga, mimo że jest przewidywalna, ale w tego typu ksiązkach nie znajdziemy czegoś nowego, poza przystojniakami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie. 

„Uwikłani: Pokusa” jest propozycją na jeden wieczór. Czyta się dobrze i szybko, a najlepiej z kubkiem kawy lub wina obok. Jeżeli więc, nie masz co robić i chcesz poznać niedostępnego Hudsona to polecam pokusić się o egzemplarz i zaczytać aż nastanie ranek. 

Laure

2 komentarze:

  1. Pamiętam jak czytałam te część i podobała mi się :) Chociaż jakaś super extra oczarowana nie byłam - sądzę tak po mojej starej recenzji xD
    Ooo ale cóż to za dziwna okładka? Reszta części też jest tak wydana? Czy znów tylko jeden tom wydany inaczej?;/

    OdpowiedzUsuń
  2. śliczne zdjęcie, tak jak nie przepadam za "literaturą romantyczną" tak jest coś w niej że chce nam się czytać i czuć taką niepokojącą atmosferę niepewności w cudzej relacji

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Po drugiej stronie okładki , Blogger